Wpływ koronawirusa na rynek mieszkaniowy

Rynek mieszkaniowy znajduje się w fazie wyczekiwania na wyklarowanie sytuacji. Dalszy rozwój wydarzeń będzie zależeć od postępów walki z pandemią i szybkości odmrażania gospodarki. Na dziś najbardziej prawdopodobny scenariusz to stabilizacja cen nieruchomości, spadek popytu konsumpcyjnego i jeszcze większa skala zakupów za gotówkę.

Pandemia koronawirusa i wywołane przez nią następstwa sprawiły, że na rynku mieszkaniowym nastał czas niepewności, wyczekiwania. Dziś nie sposób odpowiedzieć na pytanie o dalszy rozwój sytuacji, ponieważ nie brakuje argumentów za każdym z trzech możliwych scenariuszy: wzrostu, spadku i stabilizacji cen mieszkań.

Pierwsze dane wskazują, że – obecnie – najbardziej prawdopodobny jest ten ostatni. Ale ta teza może zostać zrewidowana w perspektywie kilku-kilkunastu tygodni. Wszystko zależy od tego, jak długo utrzymają się wywołane przez COVID-19 reperkusje, jak głębokie będzie spowolnienie gospodarcze, jak mocne odbicie po tym nastąpi i jak długo świat będzie wracać do normalności.

Koronawirus zatrzymał kupujących i sprzedających

Aktualny krajobraz wygląda tak, że deweloperzy pracują na 70-80 proc. swoich możliwości, ale nie powoduje to obsunięć terminów w już realizowanych przedsięwzięciach. Zdarzają się opóźnienia w dostawie elementów wykończeniowych z zagranicy, np. klimatyzacji.

Większy problem stanowią nowe projekty. Te nie są rozpoczynane lub przedsiębiorstwa budowlane znacząco je ograniczają, co potwierdzają dane GUS-u. W marcu liczba rozpoczętych realizacji mieszkaniowych zmniejszyła się o 15 proc. rok do roku (przy czym w styczniu i lutym wynik był jeszcze dodatni). Jeszcze głębszy, bo sięgający 25 proc., spadek nastąpił w segmencie budownictwa indywidualnego. Po części wynika to z trudności administracyjnych (niedostępność urzędów), po części – z obaw o przyszłość (wzrost bezrobocia, niższe zarobki).

Oprócz tego znacząco spadła podaż nowych mieszkań. Jak wynika z danych JLL, w I kwartale firmy wprowadziły do sprzedaży 3 540 mieszkań. To o 40 proc. mniej od średniej kilkuletniej dla tego okresu.

Jak tłumaczy Kazimierz Kirejczyk, wiceprezes JLL, układ kalendarza to tylko jeden z powodów. Drugim okazał się lockdown. W marcu, gdy branża zwyczajowo budzi się do życia (targi, akcje promocyjne w siedzibach deweloperów), wybuchła epidemia, a rząd ogłosił obostrzenia w życiu społecznym i gospodarczym.

Z powodu koronawirusa spadła liczba transakcji. Szacunki mówią o 50 proc. Dotknęło to zwłaszcza rynek wtórny, ponieważ deweloperzy przenieśli część procesu sprzedaży do internetu. Proponowali wirtualne spacery i zawieranie umów rezerwacyjnych online. Z tym że ich finalizacja i tak wymagała stawienia się u notariusza, którego usługi stały się mniej dostępne. Część urzędników zamknęła bowiem swoje kancelarie, a pozostali skrócili godziny pracy.

Szybkie znoszenie restrykcji w życiu społecznym i gospodarczym będzie sprzyjać powrotowi obu stron na rynek. Zresztą sugerują to dane z serwisów ogłoszeniowych oraz wyszukiwarki Google. Zdaniem analityka Bartosza Turka z HRE Investments zainteresowani nie zrezygnowali z zakupów, tylko je odroczyli.

Informacje JLL wskazują, że sprzedaż w metropoliach idzie bardzo dobrze. Średni stan zakontraktowania projektów, które zakończą się w perspektywie 12-24 miesięcy, wynosi nieco ok. 50 proc. (tutaj odstaje Łódź z wynikiem 41 proc.). To najlepszy rezultat w historii.

Dmuchanie na zimne czy początek kłopotów?

Z drugiej strony ostatni list Polskiego Związku Firm Deweloperskich do rządu o interwencyjny skup obligacji korporacyjnych zapadających w tym i przyszłym roku może sugerować, że kondycja branży jest w rzeczywistości gorsza, niż ona sama ją przedstawia. Wg danych Domu Maklerskiego Navigator może chodzić o warte 2 mld zł papiery notowane na Catalyst, które wyemitowało pięć firm.

Nasz apel ma charakter raczej prewencyjny niż interwencyjny – uspokaja w rozmowie z „Parkietem” Konrad Płochocki, dyrektor generalny PZFD. – Obecnie nie notujemy istotnych przypadków braku wykupu obligacji. Lecz zachowanie spokoju jest konieczne, żeby zapobiec nerwowym ruchom, które mogłyby wywołać efekt domina – tłumaczy.

PZFD proponuje też inne rozwiązania poprawiające płynność sektora. Chodzi o przesunięcie terminu wykupu obligacji przy zachowaniu obsługi odsetek albo preferencyjne pożyczki z państwowych agend (np. BGK, PFR) na zrolowanie zapadających papierów.

Ceny mieszkań nie spadną

W najbliższym czasie nie ma co liczyć na znaczące obniżki cen mieszkań. Firmy budowlane niechętnie redukują swoje oczekiwania. Co najwyżej proponują bonusy, ale te – póki co – mają bardziej charakter marketingowych chwytów niż rzeczywistych korzyści.

Na zredukowanie cen decydują się jedynie pojedynczy deweloperzy, potrzebujący płynności. Na ewentualne ustępstwa mogą liczyć też klienci płacący gotówką.

Długoterminowo nie dojdzie do spadków cen mieszkań, ponieważ rosną koszty robocizny i ceny materiałów. Stanieć mogą jedynie grunty – uważa w rozmowie z Parkiet TV Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.

Przeciw znaczącym spadkom cen nieruchomości mieszkaniowych będzie działać również mała skala zakupów spekulacyjnych w naszym kraju. HRE Think Tank szacuje ją na kilka procent.

To właśnie spekulanci mogą być teraz ważną grupą, która będzie dostarczać okazji inwestycyjnych – uważa Bartosz Turek z HRE Investments.

Zwraca on również uwagę, że inwestorzy, którzy wskutek pandemicznego kryzysu znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej, mogą wystąpić o wakacje kredytowe (3-6 miesięcy) oraz pomoc w ramach Funduszu Wsparcia Kredytobiorców. Ten oferuje nawet 72 tys. zł przez trzy lata z opcją umorzenia części rat w późniejszym terminie w razie ich wzorowej spłaty.

Popyt na mieszkania mogą podtrzymać fundusze inwestycyjne. Dotyczy to zwłaszcza zagranicznych podmiotów operujących w formule REIT-ów, dla których Polska to wciąż tani rynek z atrakcyjnymi stopami zwrotu.

Co prawda po kryzysie finansowym 2008 r. ceny mieszkań stopniały średnio o 15-20 proc., ale wtedy rynek nieruchomości miał kruche fundamenty. Wówczas z uwagi na wyższe niż dziś stopy procentowe przy inflacji na poziomie zbliżonym do obecnego dominowały raczej zakupy z myślą o odsprzedaży po wzroście wartości lokalu. Banki udzielały kredytów na kwoty przekraczające wartość zabezpieczenia (LTV>100%) i do tego robiły to w obcej walucie. Dostępność mieszkań mierzona relacją zarobków do średniej ceny metra kwadratowego była zdecydowanie mniejsza.

Wśród ekspertów i przedstawicieli środowiska deweloperskiego dominuje przekonanie, że tym razem to się nie powtórzy. Ich zdaniem w krótkim i średnim horyzoncie czasowym dojdzie jedynie do wyhamowania wzrostu cen i ich stabilizacji.

Po zniesieniu restrykcji związanych z pandemią i ustąpieniu efektów psychologicznych wywołanych koronawirusem rynek wróci do wzrostów, bo jest fundamentalnie zdrowy – uważa Artur Kaźmierczak, partner w grupie Mzuri.

Gotówkowcy przejęli rynek mieszkaniowy

Dziś pewne jest to, że w obliczu zaostrzenia polityki kredytowej przez banki oraz niepewności na rynku pracy wzrosną zakupy gotówkowe, czyli spadnie popyt konsumpcyjny (na własne potrzeby), a wzrośnie inwestycyjny. Za takim scenariuszem przemawiają:

  • duża zmienność na giełdzie,
  • drogie złoto fizyczne,
  • spadek atrakcyjności detalicznych obligacji skarbowych,
  • fatalne oprocentowanie lokat i
  • wysoka inflacja.

Wskutek suszy i działań ratunkowych rządu (co wyraża się skupem obligacji przez bank centralny) wskaźnik wzrostu cen wcale nie musi spaść w okolice celu inflacyjnego NBP, czyli 2,5 proc. +/- 1 pkt proc.

To wszystko spowoduje, że zamożniejsi i bardziej przedsiębiorczy Polacy jeszcze bardziej zwrócą się ku nieruchomościom jako klasie aktywów, która chroni kapitał przed utratą siły nabywczej. W naszym kraju ten sentyment ma jeszcze podłoże historyczne, sięgające PRL-u. Wtedy własne lokum, na które czekało się latami, stanowiło jedyną namacalną wartość w krajobrazie marazmu społecznego, słabej złotówki i chronicznych niedoborów podstawowych artykułów.

Takie osoby mają spore oszczędności i nie chcą, by leżały one bezczynnie w bankach. To powoduje, że klienci mogą sobie pozwolić zarówno na wstrzymanie się z zakupami w oczekiwaniu na ustabilizowanie sytuacji czy korektę cen, jak i kilkumiesięczne przestoje w wynajmie jednego czy dwóch mieszkań ze swojego portfela.

Zresztą trend zakupów bez wsparcia pieniędzmi z banku nasilił się już pod koniec zeszłego roku. Z szacunków NBP za ostatni kwartał 2019 r. wynika, że 2/3 nowych lokali w sześciu największych aglomeracjach klienci nabyli za gotówkę. Przeznaczyli na to rekordowe 5,5 mld zł. Doliczając wkład własny z transakcji kredytowanych, udział gotówki w finansowaniu zakupów mieszkań na rynku pierwotnym wzrósł do 75 proc.

W kwietniu sprzedaż za gotówkę po raz pierwszy od trzech lat przekroczyła u nas poziom 50 proc. W ubiegłym roku takie umowy stanowiły 1/3 wolumenu – mówi w rozmowie z Tok FM Iwona Sroka z zarządu Murapolu.

Jednocześnie BIK zaraportował ostatnio zmniejszony popyt na kredyty hipoteczne. O ile w marcu spadek liczby wniosków był relatywnie nieduży (7,6 proc.), to i tak przerwał on półroczny trend wzrostowy. Natomiast w kwietniu o kredyt mieszkaniowy wystąpiło już o 35 proc. mniej klientów niż przed rokiem. Redukcja indeksu mierzącego zapotrzebowanie na finansowanie hipoteczne (-27,6 proc.) okazała się jedną z największych w historii badania BIK-u.

Co ciekawe nadal rośnie średnia wnioskowana kwota. W kwietniu po raz pierwszy przekroczyła ona próg 300 tys. zł. Może to sugerować, że o kredyt na mieszkanie występowały głównie osoby w lepszej sytuacji finansowej, które kupowały duże nieruchomości lub o ponadprzeciętnym standardzie.

Trudniej o kredyt na mieszkanie

Oczywiście za omawiany spadek popytu na kredyty hipoteczne w pewnym stopniu odpowiada lockdown. Ograniczenia w kontaktach i przemieszczaniu się wywołały trudności ze zdobyciem oraz złożeniem dokumentów potrzebnych do uzyskania finansowania. Jednak stopniowe odmrażanie gospodarki nie musi oznaczać szybkiego odbudowania zainteresowania kredytami mieszkaniowymi. Dlaczego?

Rządowe obostrzenia zatrzymały funkcjonowanie wielu przedsiębiorstw. Część z nich upadło, a ludzie stracili pracę. Inni dostali ultimatum w postaci braku podwyżki czy nawet obniżki pensji. Nastroje konsumentów się pogorszyły i ich poprawa zależeć będzie od tego, jak szybko gospodarka stanie na nogi oraz ich indywidualna sytuacja się ustabilizuje.

W ostatnich tygodniach kilka banków (PKO BP, Bank Pekao, ING Bank Śląski, BOŚ) podniosło minimalny wkład własny. Dziś standardem jest już 20 proc. Przy niskich stopach procentowych instytucje finansowe podniosły marże. Poza tym bardziej rygorystycznie liczą zdolność kredytową. Nieprzychylnie patrzą na mniej stabilne źródła wynagrodzenia (umowy cywilnoprawne, działalność gospodarcza) oraz miejsce zatrudnienia (branże, które najbardziej ucierpiały wskutek pandemii).

W cokwartalnej ankiecie NBP zdecydowana większość kredytodawców planuje dalsze zaostrzenie warunków i kryteriów przyznawania finansowania, a 3/4 z nich przewiduje spadek popytu na kredyty mieszkaniowe. Pewnym pocieszeniem jest fakt, że z reguły oczekiwania banków w tym zakresie nie pokrywają się z faktycznym wykonaniem.

Problemów z uzyskaniem kredytu nie będą mieć osoby ze stabilną sytuację finansową. One zachęcone ultraniskimi stopami procentowymi, które nie wzrosną przynajmniej do końca bieżącej kadencji RPP (2022 r.), a być może jeszcze spadną, będą szukać okazji. Obecna sytuacja sprzyja bowiem spokojnej analizie. Nie ma ryzyka, że ktoś sprzątnie nam sprzed nosa upatrzone lokum.

Rynek najmu znów urośnie

Mniejsza dostępność kredytów hipotecznych powinna przełożyć się na większe zainteresowanie najmem. Tutaj też jest widoczny spadek popytu wywołany wyjazdem studentów, imigrantów ze Wschodu oraz powrotem części pracowników w rodzinne strony.

W niektórych lokalizacjach nastąpiło obniżenie czynszów. Na spadek komornego wpłynął nie tylko mniejszy popyt i trudności zarobkowe najemców. Załamanie sektora turystycznego oraz eventowego sprawiło, że właściciele lokali wynajmowanych dotąd na krótki termin zdecydowali się zasilić nimi pulę nieruchomości dostępnych na długi okres.

W skali całego rynku czynsze nie powinny znacząco spaść i raczej szybko wrócą do trendu wzrostowego. Wskazują na to analogie historyczne z USA i Polski.

W latach 2007-2011 ceny domów w największych amerykańskich miastach spadły o prawie 1/4, a czynsze urosły o ponad 8 proc. Z 36 do 43 mln zwiększyła się też liczba najemców.

Gdy banki zakręcają kurki z kredytami, a na rynku pracy sytuacja się pogarsza, to dla coraz większego grona osób właśnie najem staje się rozwiązaniem pierwszego wyboru – argumentuje Bartosz Turek z HRE Investments.

Nad Wisłą sytuacja w ostatnim kryzysie potoczyła się nieco inaczej. W krótkim okresie stawki spadły o 10-15 proc., ale wkrótce zaczęły rosnąć. Pod koniec 2012 r. trend był już wyraźny. Natomiast odsetek najemców w latach 2009-2012 podwoił się z 2 do 4 proc.

Czas próby charakterów

Jakie jeszcze następstwa dla branży nieruchomości wywoła SARS-CoV-2? Wycofają się z niego mniej doświadczeni inwestorzy indywidualni, którzy przecenili swoje możliwości albo pojawili się na nim niedawno, gdy już panowała drożyzna. W ich przypadku emocje spowodowane zbyt długim brakiem najemcy, zbyt dużym odsetkiem pustostanów i koniecznością regulowania niemałych rat wezmą górę. Takie osoby zrewidują swoje plany i będą chciały pozbyć się przynajmniej części nieruchomości, by nie dopłacać do interesu.

Mniejszy popyt zmusi do zawieszenia działalności część tzw. flipperów i osób zajmujących się podnajmem. Zainteresowanie kwaterami powinno wzrosnąć wraz z otwarciem granic i powrotem studentów na uczelnie. Jednak nie wszyscy pracownicy, którzy teraz wykonują swoje obowiązki w systemie home office, mogą chcieć wrócić do wcześniejszego modelu życia.

Pandemia koronawirusa infekuje banki

Najnowszy kryzys może znacząco osłabić polski sektor bankowy, który od lat boryka się z malejącą rentownością. W dodatku lekarstwo zaordynowane gospodarce przez władze monetarne jest dla branży równie szkodliwe, co pierwotna przyczyna problemów.

Wprowadzone w połowie marca restrykcje mocno uderzyły w życie społeczne i gospodarcze. Jeśli za miernik weźmiemy wyniki giełdowe, do największych przegranych należą banki. W ciągu dwóch miesięcy indeks WIG-Banki stracił prawie 41 proc. Od początku roku jest przeszło 46 proc. pod kreską.

Koronawirus zwiększa ryzyko kredytowe

W przypadku banków koronawirus pogłębił negatywną passę, z jaką zmagają się one od zeszłego roku. Do procesów o kredyty frankowe, kwestii zwrotu prowizji za wcześniej spłacone kredyty konsumpcyjne (tzw. małe TSUE) i niskich stóp procentowych pandemia dołożyła kolejne zmartwienie w postaci znacznego wzrostu ryzyka kredytowego.

Przez ostatnie 12 miesięcy indeks WIG-Banki zanotował 54-proc. stratę. To najgorzej ze wszystkich sektorów na GPW. W efekcie kapitalizacja wchodzących w jego skład instytucji zmalała o ok. 100 mln zł. Z jednym wyjątkiem wszystkie straciły co najmniej 30 proc. Niedawno wartość wskaźnika spadła do poziomu najniższego od lipca 2009 r.

Spodziewana recesja i niechybny wzrost bezrobocia pociągną za sobą utratę płynności, a w konsekwencji falę niewypłacalności przedsiębiorstw. To obniży rentowność banków, która od kilku lat pozostaje pod presją kilku czynników. Tyle że dotąd sektor generalnie sobie z tym radził. Czy tak będzie tym razem?

Dwa cięcia warte setki milionów

Banki zdały test z wiarygodności podczas marcowej paniki klientów, którzy wypłacili z kont grube miliardy (podaż pieniądza wzrosła w marcu o historyczne 31 mld zł, czyli o tyle, co przez wcześniejsze 20 miesięcy). Lecz nie zmieniło to nastrojów inwestorów na warszawskim parkiecie.

Dość niespodziewany cios zadała bowiem branży Rada Polityki Pieniężnej, obniżając stopę referencyjną o 50 pb. W kwietniu ponowiła ten bolesny w skutkach ruch.

Im niższe stopy procentowe, tym niższe przychody banków z działalności kredytowej. Choć mogą one redukować stawki na depozytach, podnosić różne opłaty i koszty pozaodsetkowe, co dzieje się np. w przypadku hipotek (wydatki z nimi związane są najwyższe od 2013 r.), to odbudowa topniejącej marży odsetkowej zajmie im trochę czasu.

Im niższa stopa referencyjna, tym większy cios w rentowność banków. Jak zauważa Michał Konarski z Biura Maklerskiego mBanku, obniżkę kosztu pieniądza z 2015 r. (z 2 do 1,5 proc.) sektor odrobił w sześć kwartałów. – Cięcie stóp z 8 kwietnia będzie dla branży bardziej dotkliwe. Bankom dłużej zajmie odrobienie tej obniżki – mówi w rozmowie z PAP Biznes.

Szacuje się, że decyzje RPP z marca i kwietnia uszczuplą tegoroczny zysk banków o min. 10 proc. Po pierwszej tegorocznej obniżce niektóre organizacje podawały, ile będzie ich ona kosztować. W przypadku PKO BP miało to być nawet 400 mln zł rocznie, Banku Pekao – 250, a Alior Banku – 140. Już po kwietniowej zmianie stóp procentowych Bank Millennium poinformował, że z tego powodu zarobi o 190 mln zł mniej. Dla Getin Banku może ona oznaczać zarobek niższy o 130 mln zł.

Pierwsza obniżka zabierała bankom około 10 proc. zysku w skali roku. Kwietniowa uszczupli go o co najmniej 10 proc., ponieważ jest coraz mniejsza przestrzeń na cięcie odsetek wypłacanych klientom z lokat – twierdzi Łukasz Jańczak z Ipopema Securities.

Niespłacane kredyty pochłoną uwolnione kapitały

W związku z pogorszeniem perspektyw gospodarki i znacząco większym ryzykiem kredytowym KNF zaleciła bankom, by nie wypłacały ubiegłorocznego zysku. W przyszłym roku może się okazać, że inwestorzy liczący na dywidendę ponownie obejdą się smakiem, bo nie będzie czego dzielić. Choć nadzór rozwiązał bufor systemowy i uwolnił miliardy złotych w bankowych bilansach, może się okazać, że zysk drastycznie zmaleje. W ostatnich latach oscylował on wokół 13-14 mld zł.

O takim scenariuszu wspomniał nawet prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło. Pozornie wydaje się to niemożliwe. Jednak spowodowane przez COVID-19 problemy przedsiębiorstw pociągną za sobą wzrost odsetka zagrożonych kredytów. W efekcie banki będą musiały zawiązać na nie rezerwy. Jak duże?

Moja wstępna ocena jest taka, że może to być dwa-trzy razy więcej niż dotąd. W 2019 r. to było niecałe 10 mld zł – mówi w rozmowie z „Dziennikiem Gazetą Prawną” Zbigniew Jagiełło.

Do tego dochodzi ryzyko kursowe. Obniżki stóp procentowych o 100 pb oraz niestandardowe operacje NBP (odkup obligacji skarbowych od banków komercyjnych) doprowadziły do osłabienia złotówki średnio o 3-10 proc. w stosunku do najważniejszych walut. Bilansom wielu banków ciążą kredyty we frankach szwajcarskich. To właśnie te podmioty mogą najbardziej ucierpieć na koronawirusowej recesji, a zyskać instytucje, które nie finansowały zakupów nieruchomości dewizami.

Mniejszy popyt na kredyty

Choć rząd zapowiedział programy pomocowe dla firm, ich spodziewane rezultaty mogą być słabsze od oczekiwanych. Dlaczego?

Po pierwsze, z powodu trwającego zawieszenia wielu działów gospodarki i niepewności o przyszłość przedsiębiorstwa boją się wnioskować o kredyty, a same banki – mimo gwarancji BGK – zaostrzają kryteria ich przyznawania.

Po drugie, zdaniem ekonomistów kryzys zmieni też postawy konsumentów, którzy mogą już nie być tak skorzy do zadłużania się na cele konsumpcyjne, czy nawet mieszkaniowe. Przynajmniej w krótkim i średnim okresie koronawirus może doprowadzić do spadku konsumpcji.

Mimo delikatnego wzrostu poziomu akcji kredytowej dla firm w marcu nadpłynność banków jest największa od czerwca 2007 r. (92 proc.). Zresztą zdaniem ekonomisty Marcina Czaplickiego z PKO BP to zwiększenie finansowania w marcu było jednorazowym zdarzeniem w długoterminowym trendzie spadkowym.

Rentowność banków zmniejszy się dwukrotnie?

Nadmiar depozytów (w niepewnych czasach inwestorzy stawiają na płynność), mniejszy popyt na kredyty, ograniczone możliwości ich udzielania i pogorszenie jakości portfela obniżą dochodowość sektora.

Wskaźnik ROE rodzimych banków zmniejsza się systematycznie, czyli odwrotnie niż średnia europejska. W 2018 r. wyniósł on 6,4 proc., co plasowało nasz kraj na 20. miejscu w UE. Od tamtej pory utrzymuje się na zbliżonym poziomie.

Po poprzednim dużym kryzysie zyskowność polskiego sektora bankowego skurczyła się ponad dwukrotnie – z 16,6 proc. 2008 r. do 7,7 proc. rok później. Jednak źródła tamtego załamania były inne niż obecnego i pochodziły z samego sektora.

Teraz kłopoty wyszły z realnej gospodarki, co nie musi być dobrą wiadomością. Dla instytucji finansowych oznacza to mniejszy wpływ na sytuację.

Ostatnie dostępne dane wskazują jeszcze na dobrą kondycję sektora. Wedle KNF po dwóch miesiącach tego roku wynik finansowy branży był lepszy niż w analogicznym okresie rok temu.

Koronawirus pustoszy światową gospodarkę

Koronawirus doprowadzi do upadku wielu firm i wzrostu bezrobocia oraz znacznego spowolnienia aktywności gospodarczej w skali globalnej. Wiele krajów wpadnie w recesję, a ich rządy będą mieć problem ze wzrostem zadłużenia, co odbije się na ich wiarygodności.

Rozlewająca się po świecie epidemia COVID-19 skłania ekspertów do rewidowania wszelkich wskaźników obrazujących kondycję sektorów i całych gospodarek w poszczególnych krajach. W przypadku wielu państw spowolnienie aktywności gospodarczej będzie największe od dziesięcioleci lub niespotykane w ich współczesnych dziejach. Do tego drugiego grona zalicza się Polska.

Ostre hamowanie globalnej gospodarki i spadek wymiany handlowej

Niewidzialny gołym okiem wirus SARS-CoV-2 całkiem namacalnie paraliżuje życie społeczne i gospodarcze wielu krajów na całym świecie. Najbardziej widocznym tego przejawem są zamknięte szkoły, urzędy, salony kosmetyczne, instytucje kultury czy siłownie.

Jednak poza usługami cierpią również przemysł i – z uwagi na złożone zależności oraz globalizację procesów gospodarczych – handel. Eksperci firmy Euler Hermes są zdania, że przerwane łańcuchy dostaw, zaburzone operacje biznesowe oraz spadek zaufania ze strony gospodarstw domowych i przedsiębiorstw doprowadzą w tym roku do skurczenia się handlu międzynarodowego o 4,5 proc. W efekcie znacząco wzrośnie ryzyko niespłacenia należności. To zwiększy liczbę upadłości firm o 14 proc.

Z powodu perturbacji wywołanych koronawirusem globalny wzrost gospodarczy ma zwolnić do 0,5 proc. z 2,5 proc. z 2019 r. Jednak wiele krajów, w tym te najbardziej rozwinięte, wpadnie w recesję. Będzie ona tym głębsza, im dłużej utrzymają się obostrzenia związane z zarazą.

Wg Amera Bisata z BlackRock, spółki zarządzającej 7 bln dolarów i doradzającej wielu rządom oraz bankom centralnym, światowa gospodarka zanotuje w I kw. spadek PKB o 11 proc. W ciągu kilku miesięcy pracę stracić może pięć milionów ludzi.

Rządy pompują miliardy dolarów

W tarapaty wpadną nie tylko prywatne firmy, ale też rządy. Wszystko przez idące w setki miliardów dolarów programy pomocowe, które wdrażają władze centralne poszczególnych krajów, by ulżyć przedsiębiorstwom i ratować w nich miejsca pracy. W USA pakiet wart jest 2,2 bln dolarów. Członkowie G20 mają przeznaczyć na ratowanie swoich gospodarek łącznie co najmniej 5 bln dolarów.

Faktyczna wartość polskiej „tarczy antykryzysowej” ma wynieść 60-70 mld złotych. Mniej więcej tyle obciąży budżet centralny. Reszta z deklarowanych przez premiera Morawieckiego 212 mld złotych, to wsparcie ze strony NBP oraz gwarancje, które nie muszą zostać uruchomione.

Działania te zwiększą deficyty budżetowe i poziomy długu publicznego w poszczególnych krajach. Doprowadzi to do wzrostu ryzyka ich niewypłacalności. Nie obejdzie się bez późniejszych cięć wydatków (świadczeń publicznych) oraz podnoszenia podatków.

Jednak, jak tłumaczą ekonomiści, taka kroplówka w ostatecznym rozrachunku będzie kosztować mniej niż odbudowywanie biznesów od zera.

Spada wiarygodność płatnicza wielu branż i państw

Powoduje to jednak, że w krótkim terminie koszty będą ogromne. Właśnie dlatego firma Euler Hermes, która zajmuje się ubezpieczaniem zobowiązań i windykacją, obniżyła swój aktualizowany co kwartał rating dla 18 krajów i 126 z 242 monitorowanych sektorów. Co więcej, w ponad połowie przypadków ryzyko nieotrzymania należności wzrosło z poziomu umiarkowanego do wysokiego.

Takiej skali redukcji oceny wiarygodności jeszcze nie notowaliśmy. Poprzedni rekord pochodził z I kwartału 2016 r., gdy obniżyliśmy rating dla 70 sektorów. Światowa gospodarka i firmy przechodzą przez niespotykany, wyjątkowo skomplikowany i niepewny czas – mówi główny ekonomista Euler Hermes Ludovic Subran.

Zdaniem przedstawicieli tej firmy w najgorszej kondycji znajdują się branże:

  • motoryzacyjna – jej rating obniżył się w 26 krajach,
  • transportowa (obniżka ratingu w 21 krajach),
  • elektroniczna (obniżka ratingu w 14 krajach),
  • detaliczna (obniżka ratingu w 12 krajach).

Jak wynika z danych Johns Hopkins University, obecnie koronawirus najbardziej daje się we znaki USA oraz krajom Europy Zachodniej. Liczba zarażonych rośnie również w Azji, z wyłączeniem Chin.

To właśnie w tych regionach dokonano najwięcej sektorowych cięć ratingu. W Europie Zachodniej obniżono ocenę 52 branż, w Azji i Pacyfiku – 29, a Europie Środkowej i Wschodniej – 24.

Lecz kryzys nie dotyka wszystkich przedsiębiorstw i sektorów w jednakowym stopniu. Część z nich na nim skorzysta. Zdaniem Euler Hermes wśród wygranych będą podmioty farmaceutyczne oraz te działające w obszarze oprogramowania i technologii informacyjnej.

Polska nie ucieknie przed recesją

Do krajów zagrożonych recesją zalicza się Polska. O tym, że nasza gospodarka już weszła w fazę kurczenia się, może świadczyć odczyt PMI za marzec. Wyniósł on 42,4 pkt, czyli o 5,8 mniej niż w lutym (poziom poniżej 50 wskazuje na regres). To największy miesięczny spadek tego wskaźnika w historii badania.

Już teraz Euler Hermes zmienił krótkoterminowy rating naszego kraju z niskiego (1) na średni (2). Ten długoterminowy na razie pozostawił na dotychczasowym poziomie (BB).

O ile w I kw. mamy jeszcze zanotować dodatni wynik, tak w drugim zaliczymy ostre hamowanie. Zakłócone łańcuchy dostaw, spadek eksportu, ograniczenia w handlu, usługach i transporcie przełożą się na ujemne tempo wzrostu gospodarczego. Prognozy wahają się od -5 do nawet -10 proc. Spadek ma się utrzymać również w kolejnym kwartale. Skutkiem tego będzie ujemna dynamika polskiego PKB za cały 2020 r. Obecne przewidywania mieszczą się w przedziale od -2 do -6 proc.

Byłby to pierwszy taki przypadek od transformacji ustrojowej w 1989 r. Dotychczas Polska unikała recesji. Najbliżej niej znalazła się na przełomie 2012-13, gdy nasza gospodarka urosła o zaledwie 0,08-0,15 proc. (dane wyrównane sezonowo). Bardzo blisko tego poziomu była też na przełomie 2001-02 (wzrost na poziomie 0,4 proc.).

Wskutek opisywanych zdarzeń mocno wzrośnie u nas bezrobocie. W szczytowym okresie bez pracy ma być nawet 13 proc. ludzi w wieku produkcyjnym. Powszechnie są projekcje mówiące o stopie bezrobocia wynoszącej 10-11 proc. na koniec 2020 r. Tyle zakłada także minister pracy Marlena Maląg.

Dla porównania w lutym GUS zaraportował 5,5 proc., a Eurostat – 2,9 proc. Wedle stosowanej przez unijny organ metodologii BAEL Polska miała, wraz z Holandią, drugi najniższy we Wspólnocie poziom bezrobocia. Lepsze pod tym względem były tylko Czechy.

Gdyby negatywne przewidywania odnośnie redukcji zatrudnienia przez rodzime przedsiębiorstwa się sprawdziły, grono ludzi bez pracy powiększyłoby się o ponad milion. W lutym taki stan dotyczył 920 tys. osób.

Będzie źle albo bardo źle

Ale prognozy obarczone są dużym błędem. Sytuacja jest bardzo dynamiczna. Wiele zależy od tego, jak długo gospodarka będzie poddana restrykcjom, czy i kiedy władze zaczną je łagodzić.

Nie wyobrażam sobie, że społeczeństwo zaakceptuje obecne obostrzenia przez dłuższy czas – mówi dr Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole.

Jego zdaniem polska gospodarka skurczy się w tym roku o ok. 2 proc. Jednak ten scenariusz ziści się pod warunkiem, że rząd w drugiej połowie kwietnia przedstawi tzw. strategię wyjścia, czyli dochodzenia do stanu normalności. W przeciwnym razie recesja będzie jeszcze głębsza. Każdy miesiąc zastoju dużej gospodarki oznacza spowolnienie wzrostu o 2 pkt proc.

Główny ekonomista Citi Handlowego Piotr Kalisz spodziewa się spadku PKB między -3 a -6 proc. Wg niego to wariant optymistyczny.

Prognoza zmaterializuje się wtedy, gdy po zniesieniu ograniczeń gospodarka w miarę szybko wróci do normy. Jeśli jednak część firm upadnie, np. z powodu braku płynności, scenariusz będzie gorszy – zaznacza.

Kinga Hanna Stachowiak laureatką Top Polish Brands 2020

Każdy ma swoją historię biznesową. Mniej lub bardziej interesującą, czasem spektakularną. Niektóre historie kończą się zwyczajnie inne zaś zasługują na miejsce w biznesowych publikacjach. Tak było z moją historią.

Moja kariera zawodowa okazała się na tyle ciekawa, że została opisana w książce pt. „Zwykli, niezwykli. Historie biznesowe ludzi sukcesu i polskich marek”. To książka, w której zebrano wywiady z liderami i biznesmenami, rozmowy na temat drogi jaką przebyli do osiągnięcia swojego biznesowego celu, oraz pokonywania przeszkód, jakie na tej drodze napotykali.

Poświęcono jej osobny rozdział: „Wskaźnikiem jakości jest feedback klientów”. Opisuję w nim moją wizję nowoczesnej firmy, podejścia do jej prowadzenia, pracowników, rynku. Ujawniam, jak wyglądały początki budowy strategii marketingowej, modelu biznesowego, wizerunku i sukcesu zarządzanej przeze mnie Kancelarii.

Poniżej fragmenty książki.

[…]

12 lat temu wraz z Robertem Nogackim zamarzyliśmy o własnej firmie konsultingowej i postanowiliśmy spełnić marzenia. Kancelaria Prawna Skarbiec była typowym startupem, a nasz początek był skromny, okupiony ciężką organiczną pracą od podstaw, bez finansowania zewnętrznego inwestora, zwłaszcza jeśli mówimy o tak niszowym i trudnym biznesie, jakim jest zarządzanie strukturami zagranicznymi dla polskich przedsiębiorców i ochrona ich majątków prywatnych. Nikt nie wierzył, że nam się uda, sama również miewałam chwile zwątpienia. Zanim do naszych drzwi zapukał pierwszy klient, minęły dwa lata badania rynku i wytężonych działań nad budowaniem zaufania i rozpoznawalnością marki.

Politykę poznawania firmy od podszewki stosuję z powodzeniem od samego początku. To pomaga, zwłaszcza w przekonywaniu pracowników, współpracowników i partnerów do swojej wizji i pomysłów. Nie mówię jednak, że konieczna jest praca na każdym szczeblu przedsiębiorstwa i stałe mikrozarządzanie. Przedsiębiorca powinien patrzeć na biznes

globalnie i strategicznie, ale nie może nie wiedzieć, co się dzieje w środku. Do skutecznego zarządzania potrzebuje autorytetu i profesjonalizmu. Pierwsze można zyskać wiedzą, drugie wyłącznie systematyczną ciężką pracą.

Prowadzenie kancelarii prawnej jest moją wielką życiową przygodą, w którą wkładam całą swoją pasję, entuzjazm i zaangażowanie. Za wynikami kancelarii jak i moimi stoi także wiele osób, to codzienna praca menedżerów, specjalistów i asystentów jest podstawą rozwoju każdego biznesu. Jednak wskaźnikiem sukcesu i jakości przedsiębiorstwa są przede wszystkim jego klienci i to, jak oni oceniają nasze działania.

Wartością naszej Kancelarii jest unikalny model biznesowy. Tworzyliśmy go w czasach, kiedy dominował pogląd, że w branży prawniczej poważnych zleceń nie da się pozyskać przez Internet, a zdobywanie klientów jest możliwe wyłącznie w drodze wypracowanych, osobistych kontaktów. Takie myślenie petryfikowało podział rynku prawniczego pomiędzy istniejące marki. W moim przypadku bardzo istotne było założenie, samo w sobie niezwykle odważne, że klientów znajdziemy w sieci. Uznałam, że będziemy w stanie zamknąć w ramy wystandaryzowanych produktów wyrafinowane rozwiązania prawne.

Budując Kancelarię, korzystałam z amerykańskich, brytyjskich i australijskich wzorców, analizując strategie marketingowe i modele biznesowe tamtejszych kancelarii prawnych i firm konsultingowych. Główną platformą informacji oraz podstawowym kanałem komunikacji naszej oferty był wówczas stworzony przeze mnie portal o tematyce prawnej i finansowej Skarbiec Biz S.A. Swego czasu jeden z największych tego typu portali w Polsce, notujący w czasach świetności blisko 300 tys. użytkowników miesięcznie. Kolejnym elementem tworzenia silnej marki Kancelarii Prawnej Skarbiec było wypracowanie kompetencji i odpowiedni podział zadań.

Od samego początku zajmowałam się zarządzaniem, zaś Robert Nogacki doradztwem prawno-podatkowym. Nie da się zbudować kilkudziesięcioosobowej kancelarii bez prawników, ale także bez administracji, procedur, back office’u i wszystkich elementów, które są oczywiste w dużych korporacjach. Chociaż nie jesteśmy korporacją, dbałość o taki porządek i skuteczność jest jednym z kluczowych elementów naszego sukcesu. Bez tego nie bylibyśmy w stanie zarządzać kilkuset międzynarodowymi strukturami holdingowymi o łącznej wartości aktywów ponad 2,5 mld zł.

Kiedy zatrudnialiśmy pierwszych pracowników, osobiście stworzyłam dla nich „Hand Book” – spis procedur, który obowiązuje do dziś. Istotne było także zbudowanie wysoko wykwalifikowanego zespołu prawników, którzy odnajdą się intelektualnie w obszarach wówczas praktycznie nieeksplorowanych w polskiej rzeczywistości prawnej. Bazując na eksperckiej i unikalnej wiedzy dotyczącej tworzenia struktur zagranicznych, wykształciliśmy grupę, dzięki której nasza koncepcja marketingowa mogła zadziałać. Obecnie każdy przedsiębiorca, który skorzysta z usług kancelarii, uzyskuje pomoc i wsparcie we wszystkich najistotniejszych dla jego firmy aspektach – zarówno prawnych, jak i biznesowych.

Najważniejszą kompetencją dobrej kancelarii prawnej jest aktualna i kompleksowa wiedza na temat trendów legislacyjnych, która umożliwia formułowanie rekomendacji. Nie mówimy tu o informacjach, które można znaleźć w prasie czy Internecie, ale o danych dotyczących praktyki stosowania przepisów. Nie jest to wiedza teoretyczna czy podręcznikowa, zdobywa się ją w działaniu. Żeby klienci uzyskali oczekiwane efekty, musimy wiedzieć, pod prawem której jurysdykcji w tym roku korzystnie jest utworzyć spółkę dla danego typu działalności, a gdzie warto przenieść ją za rok czy dwa, mając na uwadze planowane zmiany prawne. Tylko wtedy będziemy w stanie rzetelnie, wiarygodnie i w pełni odpowiedzieć na potrzeby przedsiębiorców.

Dziś przedsiębiorcy bardziej niż kiedykolwiek, oczekują gwarancji i bezpieczeństwa prawnego.

[…]

Książka, której fragment zamieściłam powyżej, została wydana przy okazji Wielkiej Gali Top Polish Brands – nagrody przyznawanej przez CEOWORLD Magazine, wiodącego na świecie magazynu biznesowego dla dyrektorów generalnych, dyrektorów finansowych, wysokiej klasy specjalistów wykonawczych oraz dla liderów biznesu. Takim też osobom przyznawane są nominacje, a następnie nagrody Top Polish Brands.

Tegoroczne nagrody zostały wręczone 6 marca 2020 r. Podczas uroczystej gali w Warszawie statuetki odebrało ponad 40 polskich przedsiębiorców, wyróżnionych za współtworzenie krajowej gospodarki. Do tego grona zaproszono również mnie. Doceniono moje wszechstronne zdolności organizacyjne i managerskie, ale i sam sukces zarządzanej przeze mnie Kancelarii Prawnej Skarbiec.

Warszawski rynek mieszkaniowy ma się dobrze

Choć w III kw. 2019 r. stołeczni deweloperzy oddali do użytkowania mniej lokali niż rok wcześniej, nie mogli narzekać na brak zainteresowania swoją ofertą i osiągane przychody. Ceny nowych mieszkań w Warszawie rosły bowiem w tempie ok. 10 proc., a marże firm je realizujących wyniosły średnio 25 proc. W tym roku ma być podobnie.

Firmy doradcze CBRE oraz redNet Consulting podsumowały to, co zdarzyło się w III kw. 2019 r. na największym rynku mieszkaniowym w kraju.

Podaż mieszkań nie nadąża za popytem

Od września do listopada deweloperzy wprowadzili na warszawski rynek 4,4 tys. mieszkań. W efekcie na koniec kwartału ich łączna podaż wynosiła 16,7 tys. lokali (najwięcej na Białołęce – 2,8 tys., Pradze Południe – 2,6 oraz Mokotowie – 2,4). W zależności od źródła oznacza to spadek w ujęciu rocznym o 3-5 proc. W danych za trzy kwartały widać jeszcze większy ubytek – 7 proc.

Powód? Firmom realizującym inwestycje mieszkaniowe dały się we znaki koszty wykonawstwa oraz niedobór gruntów w najlepszych lokalizacjach. Tych systematycznie ubywa.

Jednak sprzedaż pozostaje stabilna. W ciągu kwartału nabywców znajduje średnio ponad 5 tys. nieruchomości.

Obecnie najwięcej projektów prowadzi się na Białołęce, Woli oraz Pradze Południe. Te dzielnice przodowały w liczbie nowych obiektów oddanych do użytkowania w III kw.  2019 r.

– Warszawa cały czas się rozrasta. W dużej mierze odbywa się to w kierunkach wybieranych przez deweloperów. Stąd m.in. bierze się pierwszeństwo Białołęki w liczbie mieszkań na sprzedaż. Jeszcze kilka lat temu powstającym osiedlom wiele brakowało. Dziś są to świetnie skomunikowane obszary z rozbudowaną infrastrukturą mówi Robert Chojnacki, współwłaściciel redNet Property Group.

Ceny rosną i nie przestaną

Mimo rosnących kosztów i lekkiego spowolnienia wolumenu mieszkań wprowadzanych do sprzedaży przedsiębiorstwa budowlane nie mają powodów do narzekań. Ceny nowych nieruchomości systematycznie idą w górę. Jak podaje NBP, w III kw. na stołecznym rynku podrożały one średnio o 7,6 proc. w ujęciu rocznym i osiągnęły poziom 9 188 zł/mkw. W IV kw. wzrost ten przyspieszył do 10,6 proc., a cena dobiła do 9 476 zł.

Stawki ofertowe wyznaczyły historyczne rekordy. Deweloperzy sprzedający lokale w stolicy oczekiwali za nie średnio 10 400 zł/mkw., tj. o 10,3 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej. Oczywiście w poszczególnych dzielnicach stawki ofertowe są zróżnicowane – od 6-7 tys. zł/mkw. w jednostkach peryferyjnych, przez 11-13 tys. zł/mkw. bliżej centrum, do nieco ponad 20 tys. zł/mkw. w Śródmieściu.

Co ciekawe największy udział w ofercie (18 proc.) miały obiekty w cenie 7-8 tys. zł/mkw. Drugą najliczniej reprezentowaną (17 proc.) kategorię stanowiły lokale kosztujące ponad 13 tys. zł/mkw.

Dynamicznie rosnące ceny zwiększają marżę brutto deweloperów notowanych na GPW, którzy większość projektów realizują w Warszawie. Jesienią raportowały średnio 25 proc. To właśnie narzut inwestora jest drugą po kosztach budowy największą składową ceny metra kwadratowego kupowanej przez klienta powierzchni mieszkalnej.

W najbliższym roku nie ma co oczekiwać zmiany trendu. Dynamika wzrostu cen może jedynie przyhamować do wartości jednocyfrowych. Zdaniem ekspertów żeby doszło do korekty, musiałoby zaistnieć wiele negatywnych czynników:

  • gospodarka musiałaby zwolnić znacznie bardziej niż do zapowiadanych 3-3,5 proc.,
  • płace przestać rosnąć,
  • inflacja wystrzelić (a to skłoniłoby RPP do podwyżki stóp i automatycznie przyhamowało popyt ze strony inwestorów na wynajem, który w prawie połowie przypadków zaspokajany jest kredytem),
  • Ukraińcy musieliby nagle wyjechać do Niemiec.

– Pomimo niewielkiego spadku aktywności deweloperów i skurczenia ich oferty, rynek mieszkaniowy w Warszawie cały czas ma się świetnie. Mieszkania na wynajem to wciąż bardzo popularna forma lokowania kapitału, po którą sięgają już nie tylko osoby indywidualne, ale coraz częściej także podmioty instytucjonalne. Ten segment nadal będzie dynamicznie się rozwijał. W stolicy rentowność tego biznesu potrafi przekroczyć 5,5 proc. w skali roku komentuje Marcin Jański z CBRE.

Śródmieście i Mokotów rządzą na rynku wynajmu

Warszawa to też największy w Polsce rynek wynajmu. W III kw. niezmiennie najwięcej ofert wystawili właściciele mieszkań znajdujących się w Śródmieściu (28 proc. ogłoszeń) i Mokotowie (27 proc.). To głównie tam zlokalizowane są uczelnie i centra biznesowe stolicy. Na trzecim miejscu w liczbie anonsów z ofertą wynajmu znalazła się Wola (9 proc.), gdzie też przybywa powierzchni biurowych.

Wspomniane dzielnice to trzy z czterech najdroższych lokalizacji pod względem wysokości płaconego czynszu. Wedle danych JLL za metr kwadratowy najmowanego lokum w nowym budownictwie płaci się tam odpowiednio: 84,7 zł, 63,5 zł oraz 69,4 zł. Mokotów ustępuje jeszcze Pradze Północ, gdzie właściciele pobierają od lokatorów przeciętnie 66,8 zł/mkw.

– Napływ studentów, pracowników z Ukrainy, a do tego zwiększająca się liczba gospodarstw domowych i bogacenie społeczeństwa nakręcają popyt. Te czynniki jeszcze długo będą przyczyniały się do rosnącego zainteresowania stołecznym rynkiem mieszkaniowym. Inwestorów przyciąga nie tylko stabilność takiego przedsięwzięcia, ale też osiągana stopa zwrotu, która przewyższa zyski z aktywów takich jak depozyty bankowe, 10-letnie obligacje rządowe czy nieruchomości komercyjnemówi Robert Chojnacki.

Mieszkaniowy barometr Polaków

Na tle Europejczyków, Amerykanów i Australijczyków wyróżniamy się przekonaniem o wzroście cen nieruchomości, zadowoleniem z rozwoju sytuacji mieszkaniowej i niechęcią do najmowania lokum.

Grupa ING co roku w 15 krajach na trzech kontynentach przeprowadza trzy badania ekonomiczne konsumentów. Jedno z nich dotyczy mieszkalnictwa. Wśród ankietowanych są również Polacy. Niedawno poznaliśmy wyniki „Finansowego Barometru ING” za 2019 r.

Mieszkania nigdy nie (s)tanieją

Zwraca w nich uwagę fakt, że bardzo wielu z nas zapomniało już o kryzysie finansowym i taniejących dekadę temu nieruchomościach. 48 proc. badanych uważa, że ceny mieszkań nie spadną. Jeszcze cztery lata temu twierdziło tak 34 proc. ankietowanych.

Jednocześnie maleje odsetek tych, którzy nie zgadzają się z tym stwierdzeniem. W najnowszym odczycie było ich 24 proc., podczas gdy w 2015 r. – przeszło dwa razy więcej (53 proc.).

Taki wynik dał nam miejsce w środku stawki złożonej z 15 analizowanych społeczeństw. Najbardziej uwrażliwione na spadek wartości nieruchomości są osoby z krajów anglosaskich, gdzie po ostatnim kryzysie domy i mieszkania potaniały najbardziej.

Nieruchomości dalej będą drożeć

Z drugiej strony trudno się dziwić optymizmowi, czy może raczej naiwności Polaków. Od przynajmniej dwóch lat mówi się o mocno drożejących lokalach mieszkalnych i braku podstaw do odwrócenia trendu. W efekcie 79 proc. osób spodziewa się, że w tym roku ceny nadal będą iść w górę. To największy odsetek wśród badanych populacji i sporo powyżej średniej, która wyniosła 62 proc.

W porównaniu do poprzedniej edycji badania tych, którzy spodziewają się wzrostu cen, przybyło o 15 pkt proc. (z 64 do 79). Zdaniem autorów badania stwarza to ryzyko, że decyzję o zakupie nieruchomości częściej będziemy podejmować w pośpiechu i w przekonaniu, że taniej już było.

Takie przeświadczenie może zachęcać kolejne osoby zniechęcone bardzo niskim oprocentowaniem lokat bankowych do zakupów spekulacyjnych. Sęk w tym, że nie każdy jest przygotowany do skutecznego inwestowania w nieruchomości na wynajem.

Pozytywna ocena sytuacji idzie w parze z własnym lokum i poprawą sytuacji finansowej

Po raz trzeci z rzędu na tle 14 społeczeństw z Europy, USA i Australii wyróżniliśmy się najwyższym odsetkiem tych, którzy pozytywnie oceniają kierunek rozwoju sytuacji mieszkaniowej w swoim kraju. O tym, że przebiega on w dobrą stronę, przekonanych było 41 proc. ankietowanych. Na przestrzeni lat ta grupa jest mniej więcej stała. Lecz przybywa pesymistów, których w najnowszej odsłonie badania było już 40 proc.

Sporo optymistów żyje również we Włoszech i USA (po 38 proc.). Na drugim biegunie znaleźli się Hiszpanie, Niemcy i Luksemburczycy. Tam osoby dobrze oceniające kierunek rozwoju sytuacji mieszkaniowej stanowią co najwyżej 1/5 ogółu.

Co zrozumiałe do optymistów należą przede wszystkim posiadacze mieszkań (45 proc. z nich twierdzi, że sytuacja mieszkaniowa podąża w dobrym kierunku). Przy czym nie ma większego znaczenia, czy lokum jest obciążone hipoteką, czy wolne od zadłużenia. Ta prawidłowość dotyczy większości przepytywanych nacji. Sporo pozytywnie osób jest także wśród tych, które żyją z rodziną albo przyjaciółmi i nie płacą za dach nad głową.

Znacznie mniej (28 proc.) optymistów znajdziemy wśród najemców. Dlaczego? Po pierwsze, może chciałyby mieszkać na swoim, ale je na to nie stać. Po drugie, skoro rosną ceny, w przyszłości takie osoby będą musiały wyłożyć więcej na zakup lokalu.

Pozytywne nastawienie Polaków co do sytuacji mieszkaniowej bierze się również ze wzrostu ich zamożności. Rata kredytu albo czynsz stanowią dla nich coraz mniejsze obciążenie.

Zarówno wśród najemców, jak i kredytobiorców odsetek tych, którzy łatwo radzą sobie z regulowaniem comiesięcznych należności za mieszkanie, na przestrzeni ostatnich sześciu lat, podwoił się. Jednocześnie grupa osób mająca z tym problem utrzymuje się na stabilnym poziomie z tendencją malejącą.

Polacy wolą mieszkać na swoim, niż najmować

Z czego jeszcze bierze się ta euforia u Polaków w porównaniu do innych narodów? Większość (84 proc.) z nas żyje na swoim lub z rodziną, a segment najmu w naszym kraju jest – na tle Europy Zachodniej – mały i słabo zorganizowany. Tymczasem co drugi z naszych zachodnich sąsiadów najmuje lokum. Robi to również spory odsetek Brytyjczyków i Austriaków.

Nie dziwi więc fakt, że tylko 8 proc. rodaków nie chce i nie planuje mieć mieszkania na własność. Więcej przeciwników najmu jest tylko w Turcji (94 proc.) i Rumunii (96 proc.). Dla porównania 1/3 lub więcej Holendrów, Niemców, Francuzów i Belgów nie będzie dążyć do zamieszkania na swoim.

Wysoka gotowość do dłuższych dojazdów

Gdy już znajdziemy odpowiednie lokum, przed realizacją marzeń powstrzymują nas kwestie finansowe. Największe przeszkody to:

  • ceny nieruchomości,
  • konieczność zaciągnięcia dużego kredytu,
  • ryzyko zmiennej stopy procentowej (choć – zgodnie z nową rekomendacją KNF – do końca tego roku wszystkie banki powinny mieć w ofercie kredyt z oprocentowaniem stałym przez co najmniej pięć lat).

Problem zbyt wysokiej ceny można ograniczyć, decydując się na mniej atrakcyjną lokalizację. Jednak mieszkanie w takim miejscu odbywać się będzie kosztem dłuższych dojazdów do pracy i szkoły.

Im więcej czasu jesteśmy w stanie na to poświęcić, tym większą determinację w dążeniu do posiadania własnego lokum wykazujemy. Polacy zadeklarowali, że są gotowi dojeżdżać o 23 minuty dłużej do i z pracy. Na poziomie deklaratywnym bardziej zdeterminowani byli tylko Czesi (24 minuty) i Rumuni (30 minut) , a Turcy niewiele mniej pragmatyczni od nas (22 minuty).

Zarazem były to nacje najbardziej przeciwne mieszkaniu w najmowanym lokalu. Na przeciwległym krańcu znaleźli się obywatele Belgii, Holandii i Francji, gdzie najwięcej najemców nie myśli w ogóle o przeniesieniu się do własnego M.

Tańsze mieszkania mogą motywować do przeprowadzki

Dla 60 proc. badanych jedynie odpowiednio mniejsze stawki za dom czy mieszkanie byłyby argumentem za przeprowadzką na wieś czy mniejszego miasta. O ile mniejsze? Najwięcej odpowiedzi dotyczyło przedziału 30-50 proc.

Przy czym w przypadku Polski średnia wskazywana różnica cen skłaniająca do przeprowadzki do mniejszego ośrodka była drugą najwyższą w gronie 15 krajów. Większe wymagania w tym względzie mieli jedynie Turcy. Natomiast najmniejsze kwoty wskazywali Belgowie, Rumunii i Holendrzy.

Jednocześnie 1/3 Polaków nie zmieniłaby miejsca zamieszkania bez względu na różnicę w cenach nieruchomości. Co 14 ankietowany z naszego kraju zadeklarował pełną otwartość na taki scenariusz.

Finansowy Barometr ING dot. mieszkalnictwa przeprowadzono na reprezentatywnej próbie przeszło 15 tys. osób z 15 krajów. Wśród ankietowanych znalazła się reprezentatywna ze względu na płeć, wiek i miejsce zamieszkania grupa 1015 dorosłych Polaków.

O wyższości przedsiębiorstw startupowych nad korporacjami

Na wielu polach startupy wygrywają z rozbudowanymi organizacjami zatrudniającymi tysiące pracowników. Jednak ten model organizacji firmy nie jest wolny od słabości, które mogą ograniczać jej rozwój, a nawet oznaczać jej koniec.

Termin startup ma kilka znaczeń. To najpopularniejsze odnosi się do niewielkiej, innowacyjnej firmy z krótkim stażem, która dąży do szybkiego wzrostu. Jedną z cech takiej organizacji jest działalność w warunkach dużego ryzyka.

Kreatywność artystów

Kolejne aplikacje, które instalujemy na smartfonach, zdają się dowodzić, że w zdigitalizowanych branżach startupy radzą sobie lepiej niż korporacyjne molochy.

Te ostatnie często mają problem z kreatywnością. Dzieje się tak, gdyż ich pracownicy boją się proponować przełożonym odważne pomysły. Z obawy przed zwolnieniem wolą się nie wychylać, tylko wpasować w politykę danej organizacji. W efekcie przedsiębiorstwo traci swoją pozycję rynkową.

Kolejna przewaga małych firm z branży nowych technologii i innowacji nad wielkimi przedsiębiorstwami zawiera się w ich składzie osobowym. Chodzi o to, że – posługując się terminologią Safiego Bahcalla (autor książki „Loonshots”) – mają proporcjonalnie więcej artystów niż żołnierzy.

Ci pierwsi odpowiadają za kreowanie pomysłów, drudzy – za ich wdrażanie, w tym sprzedaż. To powoduje, że startupom łatwiej jest wprowadzać na rynek z sukcesem przełomowe rozwiązania.

Determinacja i pasja

W małych zespołach panuje większa chęć rozwijania idei, które z pozoru wydają się nieatrakcyjne, nierokujące lub – na pierwszy rzut oka – nawet zbyt szalone. Dlaczego?

Cechą charakterystyczną startupów jest większe zdeterminowanie ich szefów. Obawa przed utratą inwestorów czy niezdobyciem kolejnej rundy finansowania sprawia, że niewielkie podmioty nie mają nic do stracenia i bardziej ryzykują. Mniej formalne stosunki czy wręcz płaska struktura organizacyjna sprzyjają twórczej atmosferze. Spotkania koncepcyjne są bardziej inspirujące i owocne.

W sukcesie startupów sporą rolę odgrywają czynniki wolicjonalne. Większość albo cała załoga to pasjonaci, którzy doskonale czują branżę. Do tego dochodzi mocne zorientowanie na wynik. Każdemu zależy na dobru firmy, dlatego daje z siebie wszystko i wykazuje większą skłonność do poświęceń.

Duża elastyczność

Małe zespoły są też bardziej elastyczne i zdolne dostosować produkt do rynkowych trendów, by lepiej odpowiadał on potrzebom odbiorców. Mniej liczna załoga sprawniej i lepiej się komunikuje. Każdy doskonale zna priorytety firmy.

Niewielkie podmioty mogą też pozwolić sobie na niecodzienne rozwiązania kadrowe. Świetny przykład to produkujący wysięgniki kamerowe Moviebird z Opola, z którego urządzeń korzystają m.in. ekipy filmowe Hollywood.

W najbardziej upalnym okresie zamykamy firmę na miesiąc. Wszyscy idą na urlop, a po wypoczynku wszyscy wracają do pracy i razem przez te kilka pierwszych dni się rozkręcają i wracają do formy. Dzięki temu unikamy zastojów i komplikacji czy krzywych spojrzeń związanych z tym, że jedna osoba pracuje na pełnych obrotach, a inna nie, bo dopiero wróciła z wakacji albo w ogóle jej nie ma, bo ma wolne. To sprawia, że u nas nie ma złych relacji, a większość jest zadowolona – wyjaśnia w rozmowie z „My Company” Piotr Adamiec, założyciel Moviebirda.

Korporacja też ma zalety

Oczywiście nie w każdym elemencie młode obiecujące organizacje technologiczne mają przewagę nad tymi okrzepłymi. Świetnie pokazuje to łatwość w dostępie do kapitału niezbędnego na szybką ekspansję, podbój rynków.

Duże, stabilne przedsiębiorstwa cieszą się renomą, która zapewnia im szeroki wachlarz możliwości finansowania projektów. Natomiast startupy, z uwagi na różne czynniki (krótka historia, brak zysków albo wymaganych zabezpieczeń, niesprawdzony produkt, wysokie ryzyko) mogą głównie liczyć na przychylność prywatnych inwestorów, oczekujących bardzo wysokich stóp zwrotu: aniołów biznesu i fundusze venture capital. Banki niechętnie udzielają im kredytów, a emitowanie akcji czy obligacji może im się nie opłacać i nie zawsze jest możliwe.

W przypadku polskich firm tworzących nowatorskie rozwiązania jest to aż nadto widoczne. Aż 59 proc. z nich finansuje swoją działalność własnymi środkami.

Z korporacji do startupu z sukcesami

Przemysław Berendt to twórca Talent Alpha, tj. aplikacji łączącej małe software house’y z korporacjami, która umożliwia outsourcing dużych projektów informatycznych. Jeszcze wiosną 2018 r. był on wiceprezesem Luxoftu, czyli jednego z globalnych liderów rynku outsourcingu IT. Wcześniej pracował w Procter & Gamble.

Tomaszowi Chacińskiemu, założycielowi Fitqbe, na pewnym etapie kariery w Pracuj.pl brakowało wyzwań. Postanowił więc stworzyć platformę zachęcającą pracowników do zdrowego trybu życia, która w zamian za spalone kalorie umożliwia zbieranie punktów wymienianych na vouchery. Z jego rozwiązania korzystają dziś m.in. Kompania Piwowarska, Euro RTV AGD i Decathlon.

Przed założeniem ProperGate, oprogramowania do zarządzania logistyką na dużych budowach, jego twórcy byli zatrudnieni w HB Reavis. To deweloper, który realizuje kompleks Varso w Warszawie (jego elementem będzie najwyższy budynek w UE).

Każdy z założycieli ProperGate odpowiadał za różne operacje związane z jakością, optymalizacją, innowacjami czy strategią. Widzieliśmy, jak działa budowa, i chcieliśmy zmienić dotychczasowy sposób realizacji pewnych procesów – mówi w rozmowie z Business Insiderem Rafał Grudzień, jeden z inicjatorów proptechu. – Stworzenie pierwszej wersji systemu wynikało z wyzwań logistycznych na bardzo wymagającej budowie, która potrzebowała nowego podejścia do organizacji dostaw – dodaje.

W 2018 r. trójka menedżerów ING Banku Śląskiego (Edyta Musielak, Kami Pachuta, Jakub Wrede) powołała fintech Cashy. To platforma ułatwiająca rozliczenia dużych i średnich firm z mikro- i małymi dostawcami. Ci pierwsi uzyskują rabat za uregulowanie faktur przed terminem, dzięki czemu drudzy poprawiają swoją płynność.

Na stołecznym rynku biurowym też hossa

Od kilku lat popyt na warszawskie powierzchnie biurowe przewyższa ich podaż, a wskaźnik pustostanów maleje także w mniej atrakcyjnych strefach. Trzeci kwartał, w którym doszło do spektakularnych transakcji, potwierdził te trendy. Bieżący rok prawdopodobnie będzie najlepszy w XXI wieku pod względem zainteresowania stołecznymi biurowcami.

Z uwagi na wiele czynników (liczba ludności, siedziba administracji rządowej, centra zagranicznych korporacji) Warszawa jest największym rynkiem nieruchomości w kraju. W ostatnich kwartałach rozkwit przeżywa nie tylko jej sektor mieszkaniowy. Mocno rośnie również popyt na powierzchnie biurowe, a obecny rok obfituje w rekordowe pod względem wolumenu i wartości transakcje.

Popyt na biura w Warszawie idzie na rekord

Wedle raportu branżowej firmy CBRE „Warszawski rynek biurowy” w pierwszych trzech kwartałach 2019 r. w stolicy zawarto umowy dotyczące wynajmu 689 tys. m2 powierzchni biurowych. Oznacza to nie tylko wzrost o 10 proc. rok do roku, ale też najlepszy wynik w XXI wieku! Sam trzeci kwartał był najlepszy od pięciu lat.

Od początku roku podpisano już 11 bardzo dużych kontraktów. Chodzi o umowy przewidujące wynajem co najmniej 10 tys. m2 jednemu podmiotowi.

Największe zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w Warszawie wykazują instytucje z sektora biznesowo-doradczego oraz finansowego (banki, firmy ubezpieczeniowe). Dlaczego akurat one? Chodzi o prestiżową lokalizację.

Największy najemca i najdroższy biurowiec w Polsce

Okres między lipcem a wrześniem zaowocował kilkoma spektakularnymi wydarzeniami w branży. Po pierwsze, w lipcu największym najemcą biurowym w historii Polski okazał się mBank, który w Mennica Legacy Tower na Woli zajął niemal całą dostępną powierzchnię (45,6 tys. m2). Organizacja kierowana przez Cezarego Stypułkowskiego zamierza tam zorganizować nową siedzibę swojej centrali.

Co ciekawe budowa wysokościowca jeszcze się nie skończyła. Zawarto więc tzw. przednajem, który w odniesieniu do najbardziej atrakcyjnych lokalizacji praktykowany jest coraz częściej. Po drugie, w lipcu UOKiK zgodził się, by spółka Immofinanz kupiła od Ghelmaco Poland i Madison International Reality wszystkie udziały w budynku A kompleksu Warsaw Spire. To najwyższy biurowiec w tej części Europy – z iglicą mierzy on 220 m wysokości. Jego powierzchnia biurowa, z której korzystają m.in. Goldman Sachs, Mastercard i Samsung, wynosi 65 tys. m2.

Transakcja opiewała na 386 mln euro, czyli 1,64 mld zł i była największą w historii polskiego rynku nieruchomości biurowych – o 95 mln euro pobiła pięcioletni rekord należący do Ronda 1. Skumulowana wartość sześciu umów sprzedaży w III kwartale sięgnęła 662 mln euro. To również jeden z lepszych wyników w ostatnim czasie.

Z punktu widzenia zagranicznych inwestorów ceny nieruchomości w stolicy Polski na tle innych dużych miast europejskich pozostają niskie. Do tego wykazują się stabilnością. To sprawia, że warszawskie biurowce przyciągają kolejnych nabywców zainteresowanych wysoką rentownością.

– Ze względu na dynamiczny rozwój i korzystne wskaźniki ekonomiczne Warszawa jest jednym z najbardziej obiecujących rynków biurowych spośród wszystkich tych, na których funkcjonujemy –argumentuje prezes Immofinanz Oliver Schumy.

Podaż powierzchni biurowych w Warszawie odbije

Deweloperzy starają się zaspokoić duży popyt ze strony przedsiębiorstw, choć nie do końca im się to udaje. Z danych CBRE wynika, że w pierwszych trzech kwartałach 2019 r. podaż powierzchni biurowych w Warszawie urosła o 142,3 tys. m2 (o ¼ mniej niż rok temu). Złożyło się na nie łącznie 15 obiektów, w tym Wola Retro (24,5 tys. m2), Moje Miejsce (18,7 tys. m2) i Generation Park Z (17,3 tys. m2). Choć tempo oddawania do użytku nowych projektów maleje od 2017 r., na koniec września tego roku łączne zasoby powierzchni biurowej stolicy zwiększyły się o 3 proc. – do 5,59 mln m2. W tym roku ma nastąpić odbicie i podaż znów zacznie rosnąć. W 2021 r. przebije pułap 450 tys. m2, czyli poziom nienotowany w ostatnim dziesięcioleciu.

Obecnie realizowane są inwestycje o łącznej wielkości 709 tys. m2. Chodzi o kilkadziesiąt biurowców, w tym zespół trzech budynków The Warsaw Hub (75 tys. m2), Mennicę Legacy Tower (65,6 tys. m2 – wraz z Budynkiem Zachodnim), Liksę (65 tys. m2), kompleks Varso Place (63,8 tys. m2, w tym najwyższy biurowiec w Unii Europejskiej) i Warsaw Unit (57 tys. m2). Pułap 6 mln m2 powierzchni biurowej stolica ma osiągnąć na przełomie 2020/2021.

Pierwsza i ostatnia z wymienionych inwestycji powstają w rejonie ronda Daszyńskiego, gdzie stoi już Warsaw Spire.

– Uważam, że w 2021 r. to miejsce stanie się wizytówką nowoczesnej stolicy, biznesowym sercem Warszawy – mówi Jarosław Zagórski z Ghelmaco Poland, które odpowiada za realizację tych przedsięwzięć.

Coraz mniej pustych biur

Od dwóch lat podaż nie pokrywa zapotrzebowania ze strony inwestorów, dlatego spada poziom pustostanów. W III kwartale dla całego miasta obniżył się on w ujęciu rocznym z 10 do 8,2 proc. (w połowie roku wynosił 8,5 proc., na koniec 2018 r. – 8,7 proc.).W centrum jest jeszcze lepiej, bo tam niewynajęte lokale stanowią 5,5 proc. tych dostępnych. Na przeciwległym biegunie znajduje się Służewiec, gdzie odsetek pustostanów wynosi prawie 17 proc., ale i tam zmalał z niespełna 20 proc.

O poziomie zainteresowania powierzchniami zlokalizowanymi w najatrakcyjniejszych strefach świadczy jeszcze jedna informacja. Otóż takie budynki oddane do użytkowania w ostatnich dwóch latach potrzebują statystycznie dwóch kwartałów by osiągnąć stan pełnego wynajęcia. Współczynnik pustych biur spada nieprzerwanie od trzech lat. Wg prognoz CBRE taki stan ma się utrzymać do przyszłego roku. Na 2021 r. eksperci przewidują powrót do trendu z lat 2008-2016.

Passion in action

WBJ sat down with Kinga Hanna Stachowiak, Partner and Managing Director in Skarbiec Law Firm, President of the Management Board in several companies in the real estate industry.

What problems do entrepreneurs want to be solved by the law firm most often?

Kinga Stachowiak: At Skarbiec Group, we mainly deal with strategic consulting, crisis management and protection of entrepreneurs against future creditors, which are the core of our legal activity. We also provide ongoing legal and tax consultancy, as well as help entrepreneurs in establishing companies in foreign jurisdictions around the world. Entrepreneurs often complain about various obstacles they encounter when doing business in Poland. It concerns both legal barriers and unfavorable attitude of tax authorities.

There is a lot of talk about the fact that government offices are becoming more friendly to companies… Is this hostility not becoming more and more incidental?

Kinga Stachowiak: We have quite the opposite observations. The scale of this phenomenon has been growing for several years. Some new regulations and the simultaneous tightening of fiscal policy are unfortunately affecting companies that conduct completely lawful activities. Budget revenues from VAT often increase at the expense of reliable entrepreneurs.

How can these bad practices be countered? Is this where the escape to foreign tax havens comes from?

Kinga Stachowiak: I wouldn’t call it an escape, but entrepreneurs are certainly looking for friendly tax systems or places offering legal stability and flexibility. Such place in the world is Malta, which has become the most popular destination due to the ease of obtaining a tax residence.

The law firm is also a specific company or entity. How does it currently function in Polish conditions?

Kinga Stachowiak: In recent years there have been a lot of updates in the regulations, or completely new regulations, and actually there are probably few lawyers who embrace all these changes. This forces increasing specialization and this trend of new niche branches of law is becoming stronger. As a law firm that has to offer holistic services to clients, we are also moving in this direction. We employ many experts and cooperate with many other ones from abroad. Certainly, running a consulting company becomes more complicated, the more that compliance with regulations requires a lot of administrative activities and knowledge of many multiple areas. Our clients also often ask us if we are able to help them of doing business of issued aspect to them. There are more and more such queries due to changes in regulations. They simply want to focus on managing their own business – not on the bureaucracy. Outsourcing of this type has become very fashionable in recent years, and we are part of this trend.

Is managing a law firm with representative offices in other countries a challenge?

Kinga Stachowiak: Actually, it looks like we have partners all over the world. These are law firms, accounting and auditing companies. There is also a branch of the Skarbiec in Malta. From my point of view, it is above all a very interesting experience, which undoubtedly is being in a multicultural environment of professionals. At the same time, it is not only about copying foreign patterns, all the more so because labor standards in Poland are definitely higher than those in Mediterranean countries. Poles are great at international contacts and they are very open minded to differences – even if some say they aren’t. We have a good reputation in these circles, because we are representatives of a country that is developing dynamically. I believe that we build our success through hard work.

Does this mean that there is currently no problem with employing lawyers in the country?

Kinga Stachowiak: At the moment, lawyers with well-developed so-called “soft” competences and sales skills who easily find a common language with business are most needed. It is often about people who are advisors of management bodies in companies. There are certainly not many such lawyers and there will be a demand for them. It is similar with tax or accounting advisors.

And what is the number of business clients at the moment?

Kinga Stachowiak: We are an office that probably has the largest inflow of business clients within the law firms in Poland. Within a month we receive 100-200 queries from potential customers. We mainly serve enterprises with Polish capital and wealthy private individuals. The scale of inquiries is related to the marketing model that we adopted from the very beginning of our business.

Well, how did it start?

Kinga Stachowiak: We have been around for 12 years. We come from the website Skarbiec.biz, which from the beginning gave us high recognition. We are also still present on the Internet and in the printed press. I remember that at the beginning me and my partner (attorney Robert Nogacki – editor) were surprised how many people are looking for legal advice on the Internet. The subsequent organic development of the law office went towards servicing legal entities. That is why we are present in social media, we have profiles on relevant websites, but we do not gain new customers with them. Anyway, it would be peculiar, because the heads of companies seeking strategic consulting will not contact the law firm via Facebook or Instagram.

However, are any new trends related to the management and organization of law firms appearing or is it rather a conservative activity?

Kinga Stachowiak: We are constantly moving in the area of credibility. So – how to be a credible leader? How to make people want to work for us? The methods change, of course, but authentic and trustworthy leaders win at the end of a day. My experience in this field is specific because I usually manage people much older than me with a lot of knowledge in theirs areas of the specialization. I focus on passion in action and celebrating common successes – it gives me the feeling that more can be done.

And don’t women managers have a harder time in the legal industry than men? Is there the famous “glass ceiling” here?

Kinga Stachowiak: I created the company from scratch, so if it exists, I avoided it somehow. However, I think it’s easy to find many women who refute similar myths. With their hard work, they gain really high positions and achieve success, effectively combining professional activity with family life and raising children. There are no rules here, but instead of complaining it is always better to take matters into your own hands. The road to the top can be just as exciting as its achievement. It is worth remembering that such a career must be full of failures along the way, sometimes very severe, but they are an indispensable factor.

And all this is about the law industry?

Kinga Stachowiak: Not exclusively. I have also been managing real estate companies for 11 years, running highly complex projects. Sometimes legal problems are combined with technical issues here. In addition, sitting in the chair of the president of these companies I am responsible for the construction of facilities. That is, at all stages – starting from the selection of a given property, through obtaining specific permits, and ending with the selection of the contractor for the investment and its subsequent acceptance. Very often it comes to real estate with various legal defects, with markings that should be demolished etc. I started with investment in land, but over time I focused on the implementation of commercial projects. I focus primarily on small and high-quality boutique investments.

Tajemnica skuteczności menedżera

Każdy menedżer chce być skuteczny i dobrze oceniany przez pracowników. Kluczem do sukcesu są nie tylko twarde umiejętności, ale też życzliwość w stosunku do podwładnych.

Skuteczność menedżera można rozpatrywać w wielu aspektach, które jednak są ze sobą powiązane. Jednym z nich jest zdolność wpływania na podwładnych, przekonywania ich do własnych pomysłów, rozwiązań, co ma wymierny wpływ na wyniki finansowe przedsiębiorstwa.

Twarde kompetencje to za mało

Chyba każdy z nas ma w głowie obraz typowego menedżera wyższego szczebla. To osoba inteligentna, pracowita, mająca szerokie horyzonty, zdeterminowana w dążeniu do celu. Dobry szef ma bogate doświadczenie biznesowe i umie z niego w odpowiednim momencie korzystać, przewidując pewne zdarzenia. Jednocześnie potrafi szybko się uczyć, adaptując do zmiennych warunków. Nie boi się wyzwań ani trudnych decyzji. Lecz twarde kompetencje w biznesie nie wystarczą, zwłaszcza gdy kieruje się grupą ludzi. Na tym szczeblu dużą rolę odgrywa również psychologia, relacje z innymi. Nie jest tajemnicą, że efektywność lidera w zarządzaniu ludźmi w dużym stopniu zależy od jego osobowości. Ale jakie cechy są kluczowe?

Model skuteczności wpływania na innych

Z przeprowadzonych w 2013 r. badań psycholog społecznej Amy Cuddy z Harvard Business School wynika, że najlepsze wyniki w wywieraniu wpływu osiągali kompetentni menedżerowie z wysoko rozwiniętą serdecznością, którą byli w stanie przekonująco emanować. Tacy liderzy zaczynali budować swoje relacje z pracownikami od kreowania siebie na kogoś ciepłego, życzliwego. Dopiero później pokazywali swoje wysokie kompetencje. Z przedstawionego przez Cuddy w „Harvard Business Review” modelu wynika, że osoba o wysokich umiejętnościach i małej serdeczności wzbudza zazdrość. Można powiedzieć, że jest odbierana jako arogant, buc, ktoś bezduszny, mało empatyczny, dla kogo liczą się tylko słupki w Excelu. Osobę o niskich kwalifikacjach i małej życzliwości najczęściej lekceważymy. Nie chcemy mieć z nią nic wspólnego. Relacje z kimś takim z reguły nie są wartościowe, tylko toksyczne. Komuś miłemu i nieporadnemu współczujemy. Nie traktujemy go poważnie, nie odbieramy jako zagrożenie dla naszej pozycji w firmie czy konkurenta o wyższe stanowisko.

Idealne połączenie

Mix dużych umiejętności i naturalnej życzliwości to najlepsza kombinacja w kontekście bycia skutecznym i dobrze ocenianym liderem. Takiego menedżera podziwiamy, słuchamy i naśladujemy. Jego postawa jest dla nas przekonująca. Wierzymy w jego wizje i chcemy je realizować. Z pełnym zaangażowaniem, a nie na zasadzie przymusu czy świętego spokoju, włączamy się w podejmowane przez niego inicjatywy. Oczywiście jest to model teoretyczny. Osobną kwestią pozostaje zastosowanie tego w praktyce – nie jest to łatwe. Ciepły i serdeczny menedżer wpisuje się w koncepcję angażującego przywództwa, które do polskiej kultury organizacyjnej przenoszą firmy z zagranicznym kapitałem. W takim modelu zarządzania lider stara się skracać dystans między nim a pracownikami, włącza ich w proces decyzyjny i konsultuje z nimi ważne posunięcia. Zachęca do wychodzenia z inicjatywą, swobodnego wyrażania opinii i brania większej odpowiedzialności. Prowokuje też twórcze konflikty, które owocują kreatywnymi rozwiązaniami.