Wpływ koronawirusa na rynek mieszkaniowy

Rynek mieszkaniowy znajduje się w fazie wyczekiwania na wyklarowanie sytuacji. Dalszy rozwój wydarzeń będzie zależeć od postępów walki z pandemią i szybkości odmrażania gospodarki. Na dziś najbardziej prawdopodobny scenariusz to stabilizacja cen nieruchomości, spadek popytu konsumpcyjnego i jeszcze większa skala zakupów za gotówkę.

Pandemia koronawirusa i wywołane przez nią następstwa sprawiły, że na rynku mieszkaniowym nastał czas niepewności, wyczekiwania. Dziś nie sposób odpowiedzieć na pytanie o dalszy rozwój sytuacji, ponieważ nie brakuje argumentów za każdym z trzech możliwych scenariuszy: wzrostu, spadku i stabilizacji cen mieszkań.

Pierwsze dane wskazują, że – obecnie – najbardziej prawdopodobny jest ten ostatni. Ale ta teza może zostać zrewidowana w perspektywie kilku-kilkunastu tygodni. Wszystko zależy od tego, jak długo utrzymają się wywołane przez COVID-19 reperkusje, jak głębokie będzie spowolnienie gospodarcze, jak mocne odbicie po tym nastąpi i jak długo świat będzie wracać do normalności.

Koronawirus zatrzymał kupujących i sprzedających

Aktualny krajobraz wygląda tak, że deweloperzy pracują na 70-80 proc. swoich możliwości, ale nie powoduje to obsunięć terminów w już realizowanych przedsięwzięciach. Zdarzają się opóźnienia w dostawie elementów wykończeniowych z zagranicy, np. klimatyzacji.

Większy problem stanowią nowe projekty. Te nie są rozpoczynane lub przedsiębiorstwa budowlane znacząco je ograniczają, co potwierdzają dane GUS-u. W marcu liczba rozpoczętych realizacji mieszkaniowych zmniejszyła się o 15 proc. rok do roku (przy czym w styczniu i lutym wynik był jeszcze dodatni). Jeszcze głębszy, bo sięgający 25 proc., spadek nastąpił w segmencie budownictwa indywidualnego. Po części wynika to z trudności administracyjnych (niedostępność urzędów), po części – z obaw o przyszłość (wzrost bezrobocia, niższe zarobki).

Oprócz tego znacząco spadła podaż nowych mieszkań. Jak wynika z danych JLL, w I kwartale firmy wprowadziły do sprzedaży 3 540 mieszkań. To o 40 proc. mniej od średniej kilkuletniej dla tego okresu.

Jak tłumaczy Kazimierz Kirejczyk, wiceprezes JLL, układ kalendarza to tylko jeden z powodów. Drugim okazał się lockdown. W marcu, gdy branża zwyczajowo budzi się do życia (targi, akcje promocyjne w siedzibach deweloperów), wybuchła epidemia, a rząd ogłosił obostrzenia w życiu społecznym i gospodarczym.

Z powodu koronawirusa spadła liczba transakcji. Szacunki mówią o 50 proc. Dotknęło to zwłaszcza rynek wtórny, ponieważ deweloperzy przenieśli część procesu sprzedaży do internetu. Proponowali wirtualne spacery i zawieranie umów rezerwacyjnych online. Z tym że ich finalizacja i tak wymagała stawienia się u notariusza, którego usługi stały się mniej dostępne. Część urzędników zamknęła bowiem swoje kancelarie, a pozostali skrócili godziny pracy.

Szybkie znoszenie restrykcji w życiu społecznym i gospodarczym będzie sprzyjać powrotowi obu stron na rynek. Zresztą sugerują to dane z serwisów ogłoszeniowych oraz wyszukiwarki Google. Zdaniem analityka Bartosza Turka z HRE Investments zainteresowani nie zrezygnowali z zakupów, tylko je odroczyli.

Informacje JLL wskazują, że sprzedaż w metropoliach idzie bardzo dobrze. Średni stan zakontraktowania projektów, które zakończą się w perspektywie 12-24 miesięcy, wynosi nieco ok. 50 proc. (tutaj odstaje Łódź z wynikiem 41 proc.). To najlepszy rezultat w historii.

Dmuchanie na zimne czy początek kłopotów?

Z drugiej strony ostatni list Polskiego Związku Firm Deweloperskich do rządu o interwencyjny skup obligacji korporacyjnych zapadających w tym i przyszłym roku może sugerować, że kondycja branży jest w rzeczywistości gorsza, niż ona sama ją przedstawia. Wg danych Domu Maklerskiego Navigator może chodzić o warte 2 mld zł papiery notowane na Catalyst, które wyemitowało pięć firm.

– Nasz apel ma charakter raczej prewencyjny niż interwencyjny – uspokaja w rozmowie z „Parkietem” Konrad Płochocki, dyrektor generalny PZFD. – Obecnie nie notujemy istotnych przypadków braku wykupu obligacji. Lecz zachowanie spokoju jest konieczne, żeby zapobiec nerwowym ruchom, które mogłyby wywołać efekt domina – tłumaczy.

PZFD proponuje też inne rozwiązania poprawiające płynność sektora. Chodzi o przesunięcie terminu wykupu obligacji przy zachowaniu obsługi odsetek albo preferencyjne pożyczki z państwowych agend (np. BGK, PFR) na zrolowanie zapadających papierów.

Ceny mieszkań nie spadną

W najbliższym czasie nie ma co liczyć na znaczące obniżki cen mieszkań. Firmy budowlane niechętnie redukują swoje oczekiwania. Co najwyżej proponują bonusy, ale te – póki co – mają bardziej charakter marketingowych chwytów niż rzeczywistych korzyści.

Na zredukowanie cen decydują się jedynie pojedynczy deweloperzy, potrzebujący płynności. Na ewentualne ustępstwa mogą liczyć też klienci płacący gotówką.

– Długoterminowo nie dojdzie do spadków cen mieszkań, ponieważ rosną koszty robocizny i ceny materiałów. Stanieć mogą jedynie grunty – uważa w rozmowie z Parkiet TV Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.

Przeciw znaczącym spadkom cen nieruchomości mieszkaniowych będzie działać również mała skala zakupów spekulacyjnych w naszym kraju. HRE Think Tank szacuje ją na kilka procent.

– To właśnie spekulanci mogą być teraz ważną grupą, która będzie dostarczać okazji inwestycyjnych – uważa Bartosz Turek z HRE Investments.

Zwraca on również uwagę, że inwestorzy, którzy wskutek pandemicznego kryzysu znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej, mogą wystąpić o wakacje kredytowe (3-6 miesięcy) oraz pomoc w ramach Funduszu Wsparcia Kredytobiorców. Ten oferuje nawet 72 tys. zł przez trzy lata z opcją umorzenia części rat w późniejszym terminie w razie ich wzorowej spłaty.

Popyt na mieszkania mogą podtrzymać fundusze inwestycyjne. Dotyczy to zwłaszcza zagranicznych podmiotów operujących w formule REIT-ów, dla których Polska to wciąż tani rynek z atrakcyjnymi stopami zwrotu.

Co prawda po kryzysie finansowym 2008 r. ceny mieszkań stopniały średnio o 15-20 proc., ale wtedy rynek nieruchomości miał kruche fundamenty. Wówczas z uwagi na wyższe niż dziś stopy procentowe przy inflacji na poziomie zbliżonym do obecnego dominowały raczej zakupy z myślą o odsprzedaży po wzroście wartości lokalu. Banki udzielały kredytów na kwoty przekraczające wartość zabezpieczenia (LTV>100%) i do tego robiły to w obcej walucie. Dostępność mieszkań mierzona relacją zarobków do średniej ceny metra kwadratowego była zdecydowanie mniejsza.

Wśród ekspertów i przedstawicieli środowiska deweloperskiego dominuje przekonanie, że tym razem to się nie powtórzy. Ich zdaniem w krótkim i średnim horyzoncie czasowym dojdzie jedynie do wyhamowania wzrostu cen i ich stabilizacji.

– Po zniesieniu restrykcji związanych z pandemią i ustąpieniu efektów psychologicznych wywołanych koronawirusem rynek wróci do wzrostów, bo jest fundamentalnie zdrowy – uważa Artur Kaźmierczak, partner w grupie Mzuri.

Gotówkowcy przejęli rynek mieszkaniowy

Dziś pewne jest to, że w obliczu zaostrzenia polityki kredytowej przez banki oraz niepewności na rynku pracy wzrosną zakupy gotówkowe, czyli spadnie popyt konsumpcyjny (na własne potrzeby), a wzrośnie inwestycyjny. Za takim scenariuszem przemawiają:

  • duża zmienność na giełdzie,
  • drogie złoto fizyczne,
  • spadek atrakcyjności detalicznych obligacji skarbowych,
  • fatalne oprocentowanie lokat i
  • wysoka inflacja.

Wskutek suszy i działań ratunkowych rządu (co wyraża się skupem obligacji przez bank centralny) wskaźnik wzrostu cen wcale nie musi spaść w okolice celu inflacyjnego NBP, czyli 2,5 proc. +/- 1 pkt proc.

To wszystko spowoduje, że zamożniejsi i bardziej przedsiębiorczy Polacy jeszcze bardziej zwrócą się ku nieruchomościom jako klasie aktywów, która chroni kapitał przed utratą siły nabywczej. W naszym kraju ten sentyment ma jeszcze podłoże historyczne, sięgające PRL-u. Wtedy własne lokum, na które czekało się latami, stanowiło jedyną namacalną wartość w krajobrazie marazmu społecznego, słabej złotówki i chronicznych niedoborów podstawowych artykułów.

Takie osoby mają spore oszczędności i nie chcą, by leżały one bezczynnie w bankach. To powoduje, że klienci mogą sobie pozwolić zarówno na wstrzymanie się z zakupami w oczekiwaniu na ustabilizowanie sytuacji czy korektę cen, jak i kilkumiesięczne przestoje w wynajmie jednego czy dwóch mieszkań ze swojego portfela.

Zresztą trend zakupów bez wsparcia pieniędzmi z banku nasilił się już pod koniec zeszłego roku. Z szacunków NBP za ostatni kwartał 2019 r. wynika, że 2/3 nowych lokali w sześciu największych aglomeracjach klienci nabyli za gotówkę. Przeznaczyli na to rekordowe 5,5 mld zł. Doliczając wkład własny z transakcji kredytowanych, udział gotówki w finansowaniu zakupów mieszkań na rynku pierwotnym wzrósł do 75 proc.

– W kwietniu sprzedaż za gotówkę po raz pierwszy od trzech lat przekroczyła u nas poziom 50 proc. W ubiegłym roku takie umowy stanowiły 1/3 wolumenu – mówi w rozmowie z Tok FM Iwona Sroka z zarządu Murapolu.

Jednocześnie BIK zaraportował ostatnio zmniejszony popyt na kredyty hipoteczne. O ile w marcu spadek liczby wniosków był relatywnie nieduży (7,6 proc.), to i tak przerwał on półroczny trend wzrostowy. Natomiast w kwietniu o kredyt mieszkaniowy wystąpiło już o 35 proc. mniej klientów niż przed rokiem. Redukcja indeksu mierzącego zapotrzebowanie na finansowanie hipoteczne (-27,6 proc.) okazała się jedną z największych w historii badania BIK-u.

Co ciekawe nadal rośnie średnia wnioskowana kwota. W kwietniu po raz pierwszy przekroczyła ona próg 300 tys. zł. Może to sugerować, że o kredyt na mieszkanie występowały głównie osoby w lepszej sytuacji finansowej, które kupowały duże nieruchomości lub o ponadprzeciętnym standardzie.

Trudniej o kredyt na mieszkanie

Oczywiście za omawiany spadek popytu na kredyty hipoteczne w pewnym stopniu odpowiada lockdown. Ograniczenia w kontaktach i przemieszczaniu się wywołały trudności ze zdobyciem oraz złożeniem dokumentów potrzebnych do uzyskania finansowania. Jednak stopniowe odmrażanie gospodarki nie musi oznaczać szybkiego odbudowania zainteresowania kredytami mieszkaniowymi. Dlaczego?

Rządowe obostrzenia zatrzymały funkcjonowanie wielu przedsiębiorstw. Część z nich upadło, a ludzie stracili pracę. Inni dostali ultimatum w postaci braku podwyżki czy nawet obniżki pensji. Nastroje konsumentów się pogorszyły i ich poprawa zależeć będzie od tego, jak szybko gospodarka stanie na nogi oraz ich indywidualna sytuacja się ustabilizuje.

W ostatnich tygodniach kilka banków (PKO BP, Bank Pekao, ING Bank Śląski, BOŚ) podniosło minimalny wkład własny. Dziś standardem jest już 20 proc. Przy niskich stopach procentowych instytucje finansowe podniosły marże. Poza tym bardziej rygorystycznie liczą zdolność kredytową. Nieprzychylnie patrzą na mniej stabilne źródła wynagrodzenia (umowy cywilnoprawne, działalność gospodarcza) oraz miejsce zatrudnienia (branże, które najbardziej ucierpiały wskutek pandemii).

W cokwartalnej ankiecie NBP zdecydowana większość kredytodawców planuje dalsze zaostrzenie warunków i kryteriów przyznawania finansowania, a 3/4 z nich przewiduje spadek popytu na kredyty mieszkaniowe. Pewnym pocieszeniem jest fakt, że z reguły oczekiwania banków w tym zakresie nie pokrywają się z faktycznym wykonaniem.

Problemów z uzyskaniem kredytu nie będą mieć osoby ze stabilną sytuację finansową. One zachęcone ultraniskimi stopami procentowymi, które nie wzrosną przynajmniej do końca bieżącej kadencji RPP (2022 r.), a być może jeszcze spadną, będą szukać okazji. Obecna sytuacja sprzyja bowiem spokojnej analizie. Nie ma ryzyka, że ktoś sprzątnie nam sprzed nosa upatrzone lokum.

Rynek najmu znów urośnie

Mniejsza dostępność kredytów hipotecznych powinna przełożyć się na większe zainteresowanie najmem. Tutaj też jest widoczny spadek popytu wywołany wyjazdem studentów, imigrantów ze Wschodu oraz powrotem części pracowników w rodzinne strony.

W niektórych lokalizacjach nastąpiło obniżenie czynszów. Na spadek komornego wpłynął nie tylko mniejszy popyt i trudności zarobkowe najemców. Załamanie sektora turystycznego oraz eventowego sprawiło, że właściciele lokali wynajmowanych dotąd na krótki termin zdecydowali się zasilić nimi pulę nieruchomości dostępnych na długi okres.

W skali całego rynku czynsze nie powinny znacząco spaść i raczej szybko wrócą do trendu wzrostowego. Wskazują na to analogie historyczne z USA i Polski.

W latach 2007-2011 ceny domów w największych amerykańskich miastach spadły o prawie 1/4, a czynsze urosły o ponad 8 proc. Z 36 do 43 mln zwiększyła się też liczba najemców.

– Gdy banki zakręcają kurki z kredytami, a na rynku pracy sytuacja się pogarsza, to dla coraz większego grona osób właśnie najem staje się rozwiązaniem pierwszego wyboru – argumentuje Bartosz Turek z HRE Investments.

Nad Wisłą sytuacja w ostatnim kryzysie potoczyła się nieco inaczej. W krótkim okresie stawki spadły o 10-15 proc., ale wkrótce zaczęły rosnąć. Pod koniec 2012 r. trend był już wyraźny. Natomiast odsetek najemców w latach 2009-2012 podwoił się z 2 do 4 proc.

Czas próby charakterów

Jakie jeszcze następstwa dla branży nieruchomości wywoła SARS-CoV-2? Wycofają się z niego mniej doświadczeni inwestorzy indywidualni, którzy przecenili swoje możliwości albo pojawili się na nim niedawno, gdy już panowała drożyzna. W ich przypadku emocje spowodowane zbyt długim brakiem najemcy, zbyt dużym odsetkiem pustostanów i koniecznością regulowania niemałych rat wezmą górę. Takie osoby zrewidują swoje plany i będą chciały pozbyć się przynajmniej części nieruchomości, by nie dopłacać do interesu.

Mniejszy popyt zmusi do zawieszenia działalności część tzw. flipperów i osób zajmujących się podnajmem. Zainteresowanie kwaterami powinno wzrosnąć wraz z otwarciem granic i powrotem studentów na uczelnie. Jednak nie wszyscy pracownicy, którzy teraz wykonują swoje obowiązki w systemie home office, mogą chcieć wrócić do wcześniejszego modelu życia.

Warszawski rynek mieszkaniowy ma się dobrze

Choć w III kw. 2019 r. stołeczni deweloperzy oddali do użytkowania mniej lokali niż rok wcześniej, nie mogli narzekać na brak zainteresowania swoją ofertą i osiągane przychody. Ceny nowych mieszkań w Warszawie rosły bowiem w tempie ok. 10 proc., a marże firm je realizujących wyniosły średnio 25 proc. W tym roku ma być podobnie.

Firmy doradcze CBRE oraz redNet Consulting podsumowały to, co zdarzyło się w III kw. 2019 r. na największym rynku mieszkaniowym w kraju.

Podaż mieszkań nie nadąża za popytem

Od września do listopada deweloperzy wprowadzili na warszawski rynek 4,4 tys. mieszkań. W efekcie na koniec kwartału ich łączna podaż wynosiła 16,7 tys. lokali (najwięcej na Białołęce – 2,8 tys., Pradze Południe – 2,6 oraz Mokotowie – 2,4). W zależności od źródła oznacza to spadek w ujęciu rocznym o 3-5 proc. W danych za trzy kwartały widać jeszcze większy ubytek – 7 proc.

Powód? Firmom realizującym inwestycje mieszkaniowe dały się we znaki koszty wykonawstwa oraz niedobór gruntów w najlepszych lokalizacjach. Tych systematycznie ubywa.

Jednak sprzedaż pozostaje stabilna. W ciągu kwartału nabywców znajduje średnio ponad 5 tys. nieruchomości.

Obecnie najwięcej projektów prowadzi się na Białołęce, Woli oraz Pradze Południe. Te dzielnice przodowały w liczbie nowych obiektów oddanych do użytkowania w III kw.  2019 r.

– Warszawa cały czas się rozrasta. W dużej mierze odbywa się to w kierunkach wybieranych przez deweloperów. Stąd m.in. bierze się pierwszeństwo Białołęki w liczbie mieszkań na sprzedaż. Jeszcze kilka lat temu powstającym osiedlom wiele brakowało. Dziś są to świetnie skomunikowane obszary z rozbudowaną infrastrukturą – mówi Robert Chojnacki, współwłaściciel redNet Property Group.

Ceny rosną i nie przestaną

Mimo rosnących kosztów i lekkiego spowolnienia wolumenu mieszkań wprowadzanych do sprzedaży przedsiębiorstwa budowlane nie mają powodów do narzekań. Ceny nowych nieruchomości systematycznie idą w górę. Jak podaje NBP, w III kw. na stołecznym rynku podrożały one średnio o 7,6 proc. w ujęciu rocznym i osiągnęły poziom 9 188 zł/mkw. W IV kw. wzrost ten przyspieszył do 10,6 proc., a cena dobiła do 9 476 zł.

Stawki ofertowe wyznaczyły historyczne rekordy. Deweloperzy sprzedający lokale w stolicy oczekiwali za nie średnio 10 400 zł/mkw., tj. o 10,3 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej. Oczywiście w poszczególnych dzielnicach stawki ofertowe są zróżnicowane – od 6-7 tys. zł/mkw. w jednostkach peryferyjnych, przez 11-13 tys. zł/mkw. bliżej centrum, do nieco ponad 20 tys. zł/mkw. w Śródmieściu.

Co ciekawe największy udział w ofercie (18 proc.) miały obiekty w cenie 7-8 tys. zł/mkw. Drugą najliczniej reprezentowaną (17 proc.) kategorię stanowiły lokale kosztujące ponad 13 tys. zł/mkw.

Dynamicznie rosnące ceny zwiększają marżę brutto deweloperów notowanych na GPW, którzy większość projektów realizują w Warszawie. Jesienią raportowały średnio 25 proc. To właśnie narzut inwestora jest drugą po kosztach budowy największą składową ceny metra kwadratowego kupowanej przez klienta powierzchni mieszkalnej.

W najbliższym roku nie ma co oczekiwać zmiany trendu. Dynamika wzrostu cen może jedynie przyhamować do wartości jednocyfrowych. Zdaniem ekspertów żeby doszło do korekty, musiałoby zaistnieć wiele negatywnych czynników:

  • gospodarka musiałaby zwolnić znacznie bardziej niż do zapowiadanych 3-3,5 proc.,
  • płace przestać rosnąć,
  • inflacja wystrzelić (a to skłoniłoby RPP do podwyżki stóp i automatycznie przyhamowało popyt ze strony inwestorów na wynajem, który w prawie połowie przypadków zaspokajany jest kredytem),
  • Ukraińcy musieliby nagle wyjechać do Niemiec.

– Pomimo niewielkiego spadku aktywności deweloperów i skurczenia ich oferty, rynek mieszkaniowy w Warszawie cały czas ma się świetnie. Mieszkania na wynajem to wciąż bardzo popularna forma lokowania kapitału, po którą sięgają już nie tylko osoby indywidualne, ale coraz częściej także podmioty instytucjonalne. Ten segment nadal będzie dynamicznie się rozwijał. W stolicy rentowność tego biznesu potrafi przekroczyć 5,5 proc. w skali roku – komentuje Marcin Jański z CBRE.

Śródmieście i Mokotów rządzą na rynku wynajmu

Warszawa to też największy w Polsce rynek wynajmu. W III kw. niezmiennie najwięcej ofert wystawili właściciele mieszkań znajdujących się w Śródmieściu (28 proc. ogłoszeń) i Mokotowie (27 proc.). To głównie tam zlokalizowane są uczelnie i centra biznesowe stolicy. Na trzecim miejscu w liczbie anonsów z ofertą wynajmu znalazła się Wola (9 proc.), gdzie też przybywa powierzchni biurowych.

Wspomniane dzielnice to trzy z czterech najdroższych lokalizacji pod względem wysokości płaconego czynszu. Wedle danych JLL za metr kwadratowy najmowanego lokum w nowym budownictwie płaci się tam odpowiednio: 84,7 zł, 63,5 zł oraz 69,4 zł. Mokotów ustępuje jeszcze Pradze Północ, gdzie właściciele pobierają od lokatorów przeciętnie 66,8 zł/mkw.

– Napływ studentów, pracowników z Ukrainy, a do tego zwiększająca się liczba gospodarstw domowych i bogacenie społeczeństwa nakręcają popyt. Te czynniki jeszcze długo będą przyczyniały się do rosnącego zainteresowania stołecznym rynkiem mieszkaniowym. Inwestorów przyciąga nie tylko stabilność takiego przedsięwzięcia, ale też osiągana stopa zwrotu, która przewyższa zyski z aktywów takich jak depozyty bankowe, 10-letnie obligacje rządowe czy nieruchomości komercyjne – mówi Robert Chojnacki.

Sukces Funduszu Mieszkań na Wynajem

Fundusz Mieszkań na Wynajem, inicjatywa podjęta przez Bank Gospodarstwa Krajowego, zaczął funkcjonować od 1 stycznia 2015 roku. Rok działalności zamknął z liczbą 2400 mieszkań, z czego 380 zostało już udostępnionych wynajmującym.
Fundusz Mieszkań na Wynajem jest inicjatywą podjętą przez Bank Gospodarstwa Krajowego. To propozycja dla osób, których zdolność kredytowa nie pozwala na zakup mieszkania, lub które nie chcą podejmować długoletniego zobowiązania związanego ze spłatą kredytu. Oferta funduszu jest również alternatywą dla osób, które wynajmowały do tej pory mieszkanie, ale nie były zadowolone z warunków umowy, która nie gwarantowała im poczucia bezpieczeństwa.
– Oferta mieszkań na wynajem stworzona przez Fundusz jest adresowana do szerokiej grupy odbiorców. Najemcą może zostać zarówno osoba pracująca jak i student, emeryt, rodzina z dzieckiem – każdy, kto pozytywnie przejdzie weryfikację finansową, oraz, co bardzo ważne, spełniać będzie wymogi związane z najmem okazjonalnym. Fundusz wychodzi naprzeciw sytuacji studentów, umożliwiając im weryfikację finansową poprzez rodziców. Odpowiadając na pytania płynące z rynku, oferta Funduszu została poszerzona o propozycję dla firm – wynajem mieszkań dla pracowników oraz w celu prowadzenia nieuciążliwej działalności gospodarczej – informuje Justyna Kwiek, dyrektor ds. komunikacji marketingowej.

2400 mieszkań pod wynajem

Fundusz zaczął funkcjonować od 1 stycznia 2015 roku. Rok działalności zamknął liczbą 2400 mieszkań, z czego 380 zostało już udostępnionych do wynajmu: 124 mieszkania w Poznaniu, 122 w Piasecznie oraz 134 w Gdańsku. – W pierwszym kwartale bieżącego roku do oddania przygotowywana jest inwestycja w Krakowie składająca się z kolejnych 45 mieszkań. Dodatkowo, ponad 100 mieszkań zostanie oddanych najemcom we Wrocławiu, 229 mieszkań w Warszawie oraz 146 mieszkań w Katowicach. Inwestycja we Wrocławiu oraz w Warszawie będzie dostępna w pierwszym kwartale 2017 roku. Natomiast mieszkania w Katowicach będą gotowe dla najemców niedługo później – w II kwartale 2017 roku – mówi Justyna Kwiek. Jak informuje, nie jest to koniec planów inwestycyjnych. – W tej chwili zakontraktowane są już inwestycje na warszawskim Mokotowie, Żoliborzu, Pradze Południe oraz kolejne w Poznaniu, Krakowie i Katowicach – dodaje.

Jest zapotrzebowanie

Łącznie Fundusz planuje oddać 5,5 tys. mieszkań do 2018 roku. Inwestycje funduszu będą zlokalizowane w największych aglomeracjach: warszawskiej, trójmiejskiej, krakowskiej, wrocławskiej, łódzkiej, poznańskiej i śląskiej. – Od początku istnienia Fundusz Mieszkań na Wynajem zakładał inwestycje w największych Polskich aglomeracjach. Połowa z zapowiedzianych 2400 mieszkań zostanie oddana do wynajmu do końca 2017 roku. Wyniki, jakie osiągnął Fundusz w ciągu ostatniego roku działalności i duże zainteresowanie ofertą Funduszu Mieszkań na Wynajem, świadczą o zapotrzebowaniu na tego typu przedsięwzięcie – informuje Justyna Kwiek.

Poczucie bezpieczeństwa i stabilizacja

Zgłoszenie zainteresowania najmem mieszkania można dokonać poprzez stronę internetową www.jakusiebie.pl i skorzystać z formularza dostępnego przy każdej ofercie najmu lub zadzwonić do Centrum Obsługi Klienta pod numer: 801 800 388 lub 22 468 84 60. W celu weryfikacji poprawności zgłoszenia dokonanego za pośrednictwem strony internetowej, należy oczekiwać na telefoniczny kontakt ze strony konsultanta. Nie tylko zweryfikuje poprawność zgłoszenia, ale przedstawi szczegółowo ofertę i zasady najmu okazjonalnego. Fundusz informuje, że wprowadził nowy standard umowy, gwarantujący poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji dla wynajmujących.