Koronawirus jako katalizator zmian na rynku pracy

Większość z nas miała styczność z home officem przed pandemią, ale dotąd tylko 1/3 często wykonywała tak obowiązki służbowe. W efekcie niemal połowa osób, które wskutek lockdownu przeszły na pracę zdalną, nie potrafi oddzielić życia prywatnego od zawodowego, a 36 proc. ma wrażenie, że jest w pracy cały dzień. Z drugiej strony w nowym porządku wydajność większości zatrudnionych nie zmalała lub nawet wzrosła.

Pandemia COVID-19 sparaliżowała wiele dziedzin i aspektów życia. Wymusiła zamknięcie wielu instytucji i przedsiębiorstw, a inne firmy skłoniła do zmiany modelu funkcjonowania.

Praca zdalna w Polsce przed i w trakcie pandemii COVID-19

Tam, gdzie było to możliwe, czyli głównie w szeroko rozumianej branży biurowej i usługowej, wdrożono pracę w trybie zdalnym. Z danych GUS wynika, że w I kwartale pracowało tak 6,4 proc. zatrudnionych, czyli o 1/3 więcej niż w analogicznym okresie przed rokiem.

Jednak w ostatnich dwóch tygodniach marca wskaźnik ten wzrósł do 14,2 proc. Niemal 3/4 osób, które przeszły na home office, zrobiły to z powodu ograniczeń wywołanych koronawirusem.

Przed lockdownem to panie częściej wykonywały swoje obowiązki zdalnie. Zresztą tak samo było w całej UE, co potwierdzają dane Eurostatu z 2018 r. (5,5 vs 5 proc. na korzyść kobiet). Pandemia niczego tu nie zmieniła.

Na początku roku pracowało tak 6,9 proc. z nich. Dla porównania wśród panów grupa pracujących w ten sposób obejmowała 6 proc. zatrudnionych. Przed rokiem było to odpowiednio 5,4 oraz 4,4 proc. W drugiej połowie marca pracę z domu wykonywało już 16,5 proc. zatrudnionych kobiet oraz 12,3 proc. pracujących mężczyzn.

Ciekawe zmiany na rynku pracy zaszły, gdy spojrzymy na telepracowników przez pryzmat miejsca ich zamieszkania. O ile przed pandemią częściej w trybie home office zadania wykonywali mieszkańcy wsi (6,8 vs 6,1 proc. w I kwartale br. oraz 5,9 vs 4,1 proc. rok temu), tak w połowie marca szala zdecydowanie przechyliła się na stronę osób na stałe przebywających w miastach (16,9 vs 10,2 proc.).

Z ubiegłorocznego badania portalu rekrutacyjnego Homejob przeprowadzonego na reprezentatywnej próbie wynika, że najczęściej zdalnie lub w modelu mieszanym mogły pracować osoby młode. W grupie 18-24 lata ten odsetek wynosił 52 proc., a 25-34 lata – 44 proc. Średnio taką możliwość miało 36 proc. ankietowanych, a korzystało z niej 3/4 respondentów.

Czego potrzebujemy, żeby pracować w trybie zdalnym? Zdecydowanej większości z nas wystarczy laptop z dostępem do internetu. Za to nie każdy potrzebuje biurka, na które wskazała niecała połowa badanych przez firmę konsultingową CBRE. Wyżej na liście niezbędników znajduje się komunikator online.

Oczywiście infrastruktura biurowa jest bardziej wydajna i bogatsza niż ta domowa. Nie dziwi więc fakt, że dla największej grupy telepracowników (40 proc.) główną trudność stanowi zbyt wolne łącze internetowe.

Elastyczne godziny pracy zwiększają wydajność

Generalnie Polacy są zaznajomieni z pracą zdalną. Z badania CBRE „Working from home survey 2020” wynika, że w ten sposób swoich obowiązków nie wykonywało dotychczas 16 proc. ankietowanych.

To drugi po Słowacji (15 proc.) najniższy wynik spośród krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Dla porównania najbardziej zaskoczeni są nią Węgrzy, spośród których 2/3 nie miało do czynienia z home office.

Jednak z drugiej strony połowa Polaków robiła to okazjonalnie, a jedynie mniejszość – często lub cały czas (łącznie 34 proc.). Stąd biorą się trudności w organizacji czasu pracy sporej grupy osób, które przeszły na telepracę.

Ze wspomnianego raportu CBRE wynika, że 34 proc. osób ma wrażenie, iż pracuje zdalnie przez cały dzień, ponieważ nie ma narzuconych ram czasowych. 30 proc. wykonuje obowiązki służbowe w takich samych godzinach jak wcześniej w biurze.

36 proc. pracuje online w godzinach innych niż do tej pory. Jednak w tym przypadku to przesunięcie jest dobrowolnym wyborem pracowników i efektem elastyczności ich pracodawców.

Zdaniem autorów badania to wskazówka dla menedżerów i dyrektorów personalnych, jak poprawić wydajność zespołów i jednocześnie zwiększyć komfort podwładnych. W miarę możliwości należy umożliwiać im dopasowanie godzin pracy do swoich potrzeb, gdyż szczyt wydajności każdego z nas przypada na inną porę. I nie musi to wynikać z naszych cech psychologicznych, tylko np. obowiązków rodzinnych (opieka nad dzieckiem).

Nagła zmiana zaburza balans między pracą i życiem prywatnym

Telepraca ma niepodważalną zaletę w postaci oszczędności czasu na dojazdy, ale nie jest wolna od słabości. Do największych należy niemożność oddzielenia życia prywatnego od zawodowego. Może to wynikać z wielu czynników, np. z braku wydzielonego miejsca do pracy w domu czy konieczności ciągłej dostępności dla przełożonych.

Przyczyna może tkwić również w nagłym przejściu na taki model wykonywania obowiązków służbowych. Nie byliśmy do tej zmiany przygotowani, więc jeszcze nie do końca potrafimy zachować balans między sferą prywatną i zawodową naszego życia.

– W opinii 46 proc. ankietowanych szala przechyla się w stronę obowiązków służbowych. To efekt tempa i warunków, w jakich przyszło nam zmierzyć się z pracą na odległość – mówi Katarzyna Gajewska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku CBRE.

W tym kontekście jeszcze gorzej wygląda sytuacja pracujących rodziców. Zdaniem 55 proc. z nich są oni teraz bardziej zmęczeni po dniu pracy, niż gdy wykonywali swoje obowiązki w biurze. Do tego 42 proc. z nich tęskni za wyraźnym oddzieleniem sfery zawodowej i prywatnej.

Cytowane badanie potwierdza też społeczny aspekt chodzenia do pracy w biurze. Gdy przebywamy w domu, nie mamy z kim porozmawiać, wymienić się pomysłami czy wejść w interakcję w postaci np. wymiany spojrzeń. To przecież podczas rozmów przy kawie czy posiłku w firmowej kuchni rodzi się wiele pomysłów na nowy produkt, kampanię, innowację czy inną inicjatywę, która finalnie przynosi pracodawcy szeroko pojęte korzyści.

Home office nie obniża efektywności pracowników

Jednak sytuacja zdaje się poprawiać. Taką hipotezę uprawdopodobniają wyniki dwóch badań firm rekrutacyjnych Grafton Recruitment oraz GI Group z końca marca i połowy kwietnia.

W tym pierwszym 44 proc. osób zadeklarowało, że ich wydajność po przejściu na pracę zdalną się nie zmieniła. W przypadku 17 proc. wzrosła. Na nieznaczny lub znaczący spadek produktywności wskazało łącznie 28 proc. badanych.

W kwietniu utrzymanie lub wzrost efektywności zadeklarowało łącznie 66 proc. ankietowanych (+5 pkt). Jej zmniejszenie zaobserwowało 24 proc. badanych (-4 pkt).

Nie dziwi więc fakt, że wiele firm z różnych branż i różnej wielkości rozważa pozostanie przy tym modelu funkcjonowania na stałe. Formalnie zakomunikował to m.in. Idea Bank, w którym obecnie 90 proc. osób zatrudnionych w centrali i jednostkach zdalnej sprzedaży wykonuje swoje obowiązki służbowe, będąc w domu. Docelowo ma to być 40 proc.

– Zdaliśmy egzamin z pracy zdalnej. Odnotowaliśmy wzrost efektywności w niektórych obszarach, co może wynikać z bardziej zadaniowego charakteru funkcjonowania w tym trybie – informuje biuro prasowe organizacji zarządzanej przez Jerzego Pruskiego.

Również inne banki i instytucje finansowe planują w większym niż dotychczas zakresie wykorzystywać pracę zdalną. Mastercard podał, że po zniesieniu zagrożenia epidemicznego przy tym modelu może pozostać nawet 20 tys. jego pracowników na całym świecie. Podobną zmianę zapowiedział prezes Barclays Jess Staley, w którego siedzibie głównej pracuje 7 tys. osób.

Oszczędności małe i duże – nie zawsze możliwe

Zmiana sposobu organizacji pracy to niejedyny skutek wdrożenia przez firmę modelu home office. Drugim są uzyskiwane dzięki temu oszczędności, np. na przyborach biurowych, cateringu, wyjazdach.

Z wyliczeń Macieja Bednarka z bloga Subiektywnie o Finansach wynika, że w zależności od wielkości przedsiębiorstwa mierzonego liczbą zatrudnionych wahają się one od 11 tys. zł (podmiot z 10 pracownikami) do 130 tys. zł miesięcznie (250 osób). Wyliczenia nie obejmowały kosztów najmu powierzchni biurowej.

Wspomniany Idea Bank szacuje oszczędności z tytułu wdrożenia telepracy wstępnie na 1 mln zł. Być może będą one jeszcze większe.

Należy jednak zaznaczyć, że redukcja kosztów najmu powierzchni biurowej wcale nie jest pewna. Dlaczego? Nie wszystkie zespoły i nie w każdym przedsiębiorstwie mogą pracować zdalnie. Zatem zamknięcie siedziby nie w każdym przypadku wchodzi w rachubę.

Również zamiana biura na mniejsze nie jest oczywista. Obostrzenia dotyczące utrzymania większego dystansu między stanowiskami mogą zostać utrzymane. Wówczas w tym samym pomieszczeniu będzie pracować mniej osób, a reszta pozostanie na telepracy lub w systemie mieszanym.

Niewykluczone, że z tego powodu część podmiotów będzie musiała przenieść się do większych biur. Konieczne będą też inwestycje w przesłony.

Praca w biurze po nowemu

Niektórzy twierdzą, że nowe rozwiązanie w organizacji przestrzeni biurowej pójdą jeszcze dalej. Na Zachodzie pojawiają się głosy o końcu ery pomieszczeń typu open space.

Większe i bogatsze przedsiębiorstwa mogą postawić na pracę w modelu rozproszonym. Zamiast w jednej i zatłoczonej centrali pracownicy zostaną przydzieleni do wielu mniejszych biur, które będą zlokalizowane bliżej ich miejsca zamieszkania. Ma to również zmniejszyć ryzyko zarażenia się w transporcie publicznym.

– Małe grupy osób pracujących wspólnie to z jednej strony zaspokojenie potrzeby kontaktów społecznych, co pozwoli pracownikom zachować zdrowie psychiczne, z drugiej eliminowanie ryzyka, że jedna osoba zaraża się wirusem, a wszyscy inni muszą się izolować – mówi architekt Amanda Stanaway ze studia projektowego Woods Bagot w Sydney.

W wielu firmach standardem może stać się system rotacyjny albo praca zmianowa. Już po wprowadzeniu przez polski rząd ścisłych restrykcji i zaleceń dotyczących koronawirusa wiele organizacji wprowadziło model polegający na tym, że w jednym tygodniu do biura przychodzi zespół A, a w drugim – zespół B. W pozostałym okresie ich członkowie pozostają na pracy zdalnej, uczestnicząc m.in. w szkoleniach online. Do dziś funkcjonuje tak wiele oddziałów PKO Banku Polskiego.

Bezdotykowe biura

Zmienić mają się również materiały używane do wystroju wnętrz. Na popularności zyskają trwalsze elementy, które wytrzymują czyszczenie substancjami żrącymi.

– Będziemy odchodzić od porowatych powierzchni, takich jak naturalne olejowane drewno, na rzecz kamienia lub laminatów – uważa Brent Capron z nowojorskiej pracowni Perkins i Will.

Jego zdaniem na podłogach zaczną pojawiać się barwione dywany z podkładami izolującymi wilgoć. Dzięki temu będą one wytrzymywać intensywne czyszczenie profesjonalnymi szamponami, na co najemcy mają zwracać jeszcze większą uwagę niż dotąd. Wzrośnie też zainteresowanie systemami filtrów powietrza wykorzystujących światło ultrafioletowe.

Pojawiają się także bardziej futurystyczne koncepcje funkcjonowania biur po pandemii. Bazują one na internecie rzeczy. Sprowadza się to do tego, że wszystkie dyspozycje dotyczące obsługi urządzeń (winda, oświetlenie, ekspres do kawy, klimatyzacja, toaleta, ekrany, nagłośnienie) będziemy wydawać słownie lub na smartfonie.

By zminimalizować ryzyko zachorowań, niektóre firmy mogą zacząć bardziej opresyjnie monitorować chorych pracowników. W tym celu będą instalować pod blatami biurek czujniki temperatury ciała. Jednak ze względu na ingerowanie w prywatność takie rozwiązanie wzbudza kontrowersje natury prawnej i etycznej, więc nie musi być wdrażane jawnie. Inna opcja to skaner ciała przy wejściu.

Wpływ koronawirusa na rynek mieszkaniowy

Rynek mieszkaniowy znajduje się w fazie wyczekiwania na wyklarowanie sytuacji. Dalszy rozwój wydarzeń będzie zależeć od postępów walki z pandemią i szybkości odmrażania gospodarki. Na dziś najbardziej prawdopodobny scenariusz to stabilizacja cen nieruchomości, spadek popytu konsumpcyjnego i jeszcze większa skala zakupów za gotówkę.

Pandemia koronawirusa i wywołane przez nią następstwa sprawiły, że na rynku mieszkaniowym nastał czas niepewności, wyczekiwania. Dziś nie sposób odpowiedzieć na pytanie o dalszy rozwój sytuacji, ponieważ nie brakuje argumentów za każdym z trzech możliwych scenariuszy: wzrostu, spadku i stabilizacji cen mieszkań.

Pierwsze dane wskazują, że – obecnie – najbardziej prawdopodobny jest ten ostatni. Ale ta teza może zostać zrewidowana w perspektywie kilku-kilkunastu tygodni. Wszystko zależy od tego, jak długo utrzymają się wywołane przez COVID-19 reperkusje, jak głębokie będzie spowolnienie gospodarcze, jak mocne odbicie po tym nastąpi i jak długo świat będzie wracać do normalności.

Koronawirus zatrzymał kupujących i sprzedających

Aktualny krajobraz wygląda tak, że deweloperzy pracują na 70-80 proc. swoich możliwości, ale nie powoduje to obsunięć terminów w już realizowanych przedsięwzięciach. Zdarzają się opóźnienia w dostawie elementów wykończeniowych z zagranicy, np. klimatyzacji.

Większy problem stanowią nowe projekty. Te nie są rozpoczynane lub przedsiębiorstwa budowlane znacząco je ograniczają, co potwierdzają dane GUS-u. W marcu liczba rozpoczętych realizacji mieszkaniowych zmniejszyła się o 15 proc. rok do roku (przy czym w styczniu i lutym wynik był jeszcze dodatni). Jeszcze głębszy, bo sięgający 25 proc., spadek nastąpił w segmencie budownictwa indywidualnego. Po części wynika to z trudności administracyjnych (niedostępność urzędów), po części – z obaw o przyszłość (wzrost bezrobocia, niższe zarobki).

Oprócz tego znacząco spadła podaż nowych mieszkań. Jak wynika z danych JLL, w I kwartale firmy wprowadziły do sprzedaży 3 540 mieszkań. To o 40 proc. mniej od średniej kilkuletniej dla tego okresu.

Jak tłumaczy Kazimierz Kirejczyk, wiceprezes JLL, układ kalendarza to tylko jeden z powodów. Drugim okazał się lockdown. W marcu, gdy branża zwyczajowo budzi się do życia (targi, akcje promocyjne w siedzibach deweloperów), wybuchła epidemia, a rząd ogłosił obostrzenia w życiu społecznym i gospodarczym.

Z powodu koronawirusa spadła liczba transakcji. Szacunki mówią o 50 proc. Dotknęło to zwłaszcza rynek wtórny, ponieważ deweloperzy przenieśli część procesu sprzedaży do internetu. Proponowali wirtualne spacery i zawieranie umów rezerwacyjnych online. Z tym że ich finalizacja i tak wymagała stawienia się u notariusza, którego usługi stały się mniej dostępne. Część urzędników zamknęła bowiem swoje kancelarie, a pozostali skrócili godziny pracy.

Szybkie znoszenie restrykcji w życiu społecznym i gospodarczym będzie sprzyjać powrotowi obu stron na rynek. Zresztą sugerują to dane z serwisów ogłoszeniowych oraz wyszukiwarki Google. Zdaniem analityka Bartosza Turka z HRE Investments zainteresowani nie zrezygnowali z zakupów, tylko je odroczyli.

Informacje JLL wskazują, że sprzedaż w metropoliach idzie bardzo dobrze. Średni stan zakontraktowania projektów, które zakończą się w perspektywie 12-24 miesięcy, wynosi nieco ok. 50 proc. (tutaj odstaje Łódź z wynikiem 41 proc.). To najlepszy rezultat w historii.

Dmuchanie na zimne czy początek kłopotów?

Z drugiej strony ostatni list Polskiego Związku Firm Deweloperskich do rządu o interwencyjny skup obligacji korporacyjnych zapadających w tym i przyszłym roku może sugerować, że kondycja branży jest w rzeczywistości gorsza, niż ona sama ją przedstawia. Wg danych Domu Maklerskiego Navigator może chodzić o warte 2 mld zł papiery notowane na Catalyst, które wyemitowało pięć firm.

– Nasz apel ma charakter raczej prewencyjny niż interwencyjny – uspokaja w rozmowie z „Parkietem” Konrad Płochocki, dyrektor generalny PZFD. – Obecnie nie notujemy istotnych przypadków braku wykupu obligacji. Lecz zachowanie spokoju jest konieczne, żeby zapobiec nerwowym ruchom, które mogłyby wywołać efekt domina – tłumaczy.

PZFD proponuje też inne rozwiązania poprawiające płynność sektora. Chodzi o przesunięcie terminu wykupu obligacji przy zachowaniu obsługi odsetek albo preferencyjne pożyczki z państwowych agend (np. BGK, PFR) na zrolowanie zapadających papierów.

Ceny mieszkań nie spadną

W najbliższym czasie nie ma co liczyć na znaczące obniżki cen mieszkań. Firmy budowlane niechętnie redukują swoje oczekiwania. Co najwyżej proponują bonusy, ale te – póki co – mają bardziej charakter marketingowych chwytów niż rzeczywistych korzyści.

Na zredukowanie cen decydują się jedynie pojedynczy deweloperzy, potrzebujący płynności. Na ewentualne ustępstwa mogą liczyć też klienci płacący gotówką.

– Długoterminowo nie dojdzie do spadków cen mieszkań, ponieważ rosną koszty robocizny i ceny materiałów. Stanieć mogą jedynie grunty – uważa w rozmowie z Parkiet TV Dariusz Blocher, prezes Budimeksu.

Przeciw znaczącym spadkom cen nieruchomości mieszkaniowych będzie działać również mała skala zakupów spekulacyjnych w naszym kraju. HRE Think Tank szacuje ją na kilka procent.

– To właśnie spekulanci mogą być teraz ważną grupą, która będzie dostarczać okazji inwestycyjnych – uważa Bartosz Turek z HRE Investments.

Zwraca on również uwagę, że inwestorzy, którzy wskutek pandemicznego kryzysu znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej, mogą wystąpić o wakacje kredytowe (3-6 miesięcy) oraz pomoc w ramach Funduszu Wsparcia Kredytobiorców. Ten oferuje nawet 72 tys. zł przez trzy lata z opcją umorzenia części rat w późniejszym terminie w razie ich wzorowej spłaty.

Popyt na mieszkania mogą podtrzymać fundusze inwestycyjne. Dotyczy to zwłaszcza zagranicznych podmiotów operujących w formule REIT-ów, dla których Polska to wciąż tani rynek z atrakcyjnymi stopami zwrotu.

Co prawda po kryzysie finansowym 2008 r. ceny mieszkań stopniały średnio o 15-20 proc., ale wtedy rynek nieruchomości miał kruche fundamenty. Wówczas z uwagi na wyższe niż dziś stopy procentowe przy inflacji na poziomie zbliżonym do obecnego dominowały raczej zakupy z myślą o odsprzedaży po wzroście wartości lokalu. Banki udzielały kredytów na kwoty przekraczające wartość zabezpieczenia (LTV>100%) i do tego robiły to w obcej walucie. Dostępność mieszkań mierzona relacją zarobków do średniej ceny metra kwadratowego była zdecydowanie mniejsza.

Wśród ekspertów i przedstawicieli środowiska deweloperskiego dominuje przekonanie, że tym razem to się nie powtórzy. Ich zdaniem w krótkim i średnim horyzoncie czasowym dojdzie jedynie do wyhamowania wzrostu cen i ich stabilizacji.

– Po zniesieniu restrykcji związanych z pandemią i ustąpieniu efektów psychologicznych wywołanych koronawirusem rynek wróci do wzrostów, bo jest fundamentalnie zdrowy – uważa Artur Kaźmierczak, partner w grupie Mzuri.

Gotówkowcy przejęli rynek mieszkaniowy

Dziś pewne jest to, że w obliczu zaostrzenia polityki kredytowej przez banki oraz niepewności na rynku pracy wzrosną zakupy gotówkowe, czyli spadnie popyt konsumpcyjny (na własne potrzeby), a wzrośnie inwestycyjny. Za takim scenariuszem przemawiają:

  • duża zmienność na giełdzie,
  • drogie złoto fizyczne,
  • spadek atrakcyjności detalicznych obligacji skarbowych,
  • fatalne oprocentowanie lokat i
  • wysoka inflacja.

Wskutek suszy i działań ratunkowych rządu (co wyraża się skupem obligacji przez bank centralny) wskaźnik wzrostu cen wcale nie musi spaść w okolice celu inflacyjnego NBP, czyli 2,5 proc. +/- 1 pkt proc.

To wszystko spowoduje, że zamożniejsi i bardziej przedsiębiorczy Polacy jeszcze bardziej zwrócą się ku nieruchomościom jako klasie aktywów, która chroni kapitał przed utratą siły nabywczej. W naszym kraju ten sentyment ma jeszcze podłoże historyczne, sięgające PRL-u. Wtedy własne lokum, na które czekało się latami, stanowiło jedyną namacalną wartość w krajobrazie marazmu społecznego, słabej złotówki i chronicznych niedoborów podstawowych artykułów.

Takie osoby mają spore oszczędności i nie chcą, by leżały one bezczynnie w bankach. To powoduje, że klienci mogą sobie pozwolić zarówno na wstrzymanie się z zakupami w oczekiwaniu na ustabilizowanie sytuacji czy korektę cen, jak i kilkumiesięczne przestoje w wynajmie jednego czy dwóch mieszkań ze swojego portfela.

Zresztą trend zakupów bez wsparcia pieniędzmi z banku nasilił się już pod koniec zeszłego roku. Z szacunków NBP za ostatni kwartał 2019 r. wynika, że 2/3 nowych lokali w sześciu największych aglomeracjach klienci nabyli za gotówkę. Przeznaczyli na to rekordowe 5,5 mld zł. Doliczając wkład własny z transakcji kredytowanych, udział gotówki w finansowaniu zakupów mieszkań na rynku pierwotnym wzrósł do 75 proc.

– W kwietniu sprzedaż za gotówkę po raz pierwszy od trzech lat przekroczyła u nas poziom 50 proc. W ubiegłym roku takie umowy stanowiły 1/3 wolumenu – mówi w rozmowie z Tok FM Iwona Sroka z zarządu Murapolu.

Jednocześnie BIK zaraportował ostatnio zmniejszony popyt na kredyty hipoteczne. O ile w marcu spadek liczby wniosków był relatywnie nieduży (7,6 proc.), to i tak przerwał on półroczny trend wzrostowy. Natomiast w kwietniu o kredyt mieszkaniowy wystąpiło już o 35 proc. mniej klientów niż przed rokiem. Redukcja indeksu mierzącego zapotrzebowanie na finansowanie hipoteczne (-27,6 proc.) okazała się jedną z największych w historii badania BIK-u.

Co ciekawe nadal rośnie średnia wnioskowana kwota. W kwietniu po raz pierwszy przekroczyła ona próg 300 tys. zł. Może to sugerować, że o kredyt na mieszkanie występowały głównie osoby w lepszej sytuacji finansowej, które kupowały duże nieruchomości lub o ponadprzeciętnym standardzie.

Trudniej o kredyt na mieszkanie

Oczywiście za omawiany spadek popytu na kredyty hipoteczne w pewnym stopniu odpowiada lockdown. Ograniczenia w kontaktach i przemieszczaniu się wywołały trudności ze zdobyciem oraz złożeniem dokumentów potrzebnych do uzyskania finansowania. Jednak stopniowe odmrażanie gospodarki nie musi oznaczać szybkiego odbudowania zainteresowania kredytami mieszkaniowymi. Dlaczego?

Rządowe obostrzenia zatrzymały funkcjonowanie wielu przedsiębiorstw. Część z nich upadło, a ludzie stracili pracę. Inni dostali ultimatum w postaci braku podwyżki czy nawet obniżki pensji. Nastroje konsumentów się pogorszyły i ich poprawa zależeć będzie od tego, jak szybko gospodarka stanie na nogi oraz ich indywidualna sytuacja się ustabilizuje.

W ostatnich tygodniach kilka banków (PKO BP, Bank Pekao, ING Bank Śląski, BOŚ) podniosło minimalny wkład własny. Dziś standardem jest już 20 proc. Przy niskich stopach procentowych instytucje finansowe podniosły marże. Poza tym bardziej rygorystycznie liczą zdolność kredytową. Nieprzychylnie patrzą na mniej stabilne źródła wynagrodzenia (umowy cywilnoprawne, działalność gospodarcza) oraz miejsce zatrudnienia (branże, które najbardziej ucierpiały wskutek pandemii).

W cokwartalnej ankiecie NBP zdecydowana większość kredytodawców planuje dalsze zaostrzenie warunków i kryteriów przyznawania finansowania, a 3/4 z nich przewiduje spadek popytu na kredyty mieszkaniowe. Pewnym pocieszeniem jest fakt, że z reguły oczekiwania banków w tym zakresie nie pokrywają się z faktycznym wykonaniem.

Problemów z uzyskaniem kredytu nie będą mieć osoby ze stabilną sytuację finansową. One zachęcone ultraniskimi stopami procentowymi, które nie wzrosną przynajmniej do końca bieżącej kadencji RPP (2022 r.), a być może jeszcze spadną, będą szukać okazji. Obecna sytuacja sprzyja bowiem spokojnej analizie. Nie ma ryzyka, że ktoś sprzątnie nam sprzed nosa upatrzone lokum.

Rynek najmu znów urośnie

Mniejsza dostępność kredytów hipotecznych powinna przełożyć się na większe zainteresowanie najmem. Tutaj też jest widoczny spadek popytu wywołany wyjazdem studentów, imigrantów ze Wschodu oraz powrotem części pracowników w rodzinne strony.

W niektórych lokalizacjach nastąpiło obniżenie czynszów. Na spadek komornego wpłynął nie tylko mniejszy popyt i trudności zarobkowe najemców. Załamanie sektora turystycznego oraz eventowego sprawiło, że właściciele lokali wynajmowanych dotąd na krótki termin zdecydowali się zasilić nimi pulę nieruchomości dostępnych na długi okres.

W skali całego rynku czynsze nie powinny znacząco spaść i raczej szybko wrócą do trendu wzrostowego. Wskazują na to analogie historyczne z USA i Polski.

W latach 2007-2011 ceny domów w największych amerykańskich miastach spadły o prawie 1/4, a czynsze urosły o ponad 8 proc. Z 36 do 43 mln zwiększyła się też liczba najemców.

– Gdy banki zakręcają kurki z kredytami, a na rynku pracy sytuacja się pogarsza, to dla coraz większego grona osób właśnie najem staje się rozwiązaniem pierwszego wyboru – argumentuje Bartosz Turek z HRE Investments.

Nad Wisłą sytuacja w ostatnim kryzysie potoczyła się nieco inaczej. W krótkim okresie stawki spadły o 10-15 proc., ale wkrótce zaczęły rosnąć. Pod koniec 2012 r. trend był już wyraźny. Natomiast odsetek najemców w latach 2009-2012 podwoił się z 2 do 4 proc.

Czas próby charakterów

Jakie jeszcze następstwa dla branży nieruchomości wywoła SARS-CoV-2? Wycofają się z niego mniej doświadczeni inwestorzy indywidualni, którzy przecenili swoje możliwości albo pojawili się na nim niedawno, gdy już panowała drożyzna. W ich przypadku emocje spowodowane zbyt długim brakiem najemcy, zbyt dużym odsetkiem pustostanów i koniecznością regulowania niemałych rat wezmą górę. Takie osoby zrewidują swoje plany i będą chciały pozbyć się przynajmniej części nieruchomości, by nie dopłacać do interesu.

Mniejszy popyt zmusi do zawieszenia działalności część tzw. flipperów i osób zajmujących się podnajmem. Zainteresowanie kwaterami powinno wzrosnąć wraz z otwarciem granic i powrotem studentów na uczelnie. Jednak nie wszyscy pracownicy, którzy teraz wykonują swoje obowiązki w systemie home office, mogą chcieć wrócić do wcześniejszego modelu życia.

Koronawirus pustoszy światową gospodarkę

Koronawirus doprowadzi do upadku wielu firm i wzrostu bezrobocia oraz znacznego spowolnienia aktywności gospodarczej w skali globalnej. Wiele krajów wpadnie w recesję, a ich rządy będą mieć problem ze wzrostem zadłużenia, co odbije się na ich wiarygodności.

Rozlewająca się po świecie epidemia COVID-19 skłania ekspertów do rewidowania wszelkich wskaźników obrazujących kondycję sektorów i całych gospodarek w poszczególnych krajach. W przypadku wielu państw spowolnienie aktywności gospodarczej będzie największe od dziesięcioleci lub niespotykane w ich współczesnych dziejach. Do tego drugiego grona zalicza się Polska.

Ostre hamowanie globalnej gospodarki i spadek wymiany handlowej

Niewidzialny gołym okiem wirus SARS-CoV-2 całkiem namacalnie paraliżuje życie społeczne i gospodarcze wielu krajów na całym świecie. Najbardziej widocznym tego przejawem są zamknięte szkoły, urzędy, salony kosmetyczne, instytucje kultury czy siłownie.

Jednak poza usługami cierpią również przemysł i – z uwagi na złożone zależności oraz globalizację procesów gospodarczych – handel. Eksperci firmy Euler Hermes są zdania, że przerwane łańcuchy dostaw, zaburzone operacje biznesowe oraz spadek zaufania ze strony gospodarstw domowych i przedsiębiorstw doprowadzą w tym roku do skurczenia się handlu międzynarodowego o 4,5 proc. W efekcie znacząco wzrośnie ryzyko niespłacenia należności. To zwiększy liczbę upadłości firm o 14 proc.

Z powodu perturbacji wywołanych koronawirusem globalny wzrost gospodarczy ma zwolnić do 0,5 proc. z 2,5 proc. z 2019 r. Jednak wiele krajów, w tym te najbardziej rozwinięte, wpadnie w recesję. Będzie ona tym głębsza, im dłużej utrzymają się obostrzenia związane z zarazą.

Wg Amera Bisata z BlackRock, spółki zarządzającej 7 bln dolarów i doradzającej wielu rządom oraz bankom centralnym, światowa gospodarka zanotuje w I kw. spadek PKB o 11 proc. W ciągu kilku miesięcy pracę stracić może pięć milionów ludzi.

Rządy pompują miliardy dolarów

W tarapaty wpadną nie tylko prywatne firmy, ale też rządy. Wszystko przez idące w setki miliardów dolarów programy pomocowe, które wdrażają władze centralne poszczególnych krajów, by ulżyć przedsiębiorstwom i ratować w nich miejsca pracy. W USA pakiet wart jest 2,2 bln dolarów. Członkowie G20 mają przeznaczyć na ratowanie swoich gospodarek łącznie co najmniej 5 bln dolarów.

Faktyczna wartość polskiej „tarczy antykryzysowej” ma wynieść 60-70 mld złotych. Mniej więcej tyle obciąży budżet centralny. Reszta z deklarowanych przez premiera Morawieckiego 212 mld złotych, to wsparcie ze strony NBP oraz gwarancje, które nie muszą zostać uruchomione.

Działania te zwiększą deficyty budżetowe i poziomy długu publicznego w poszczególnych krajach. Doprowadzi to do wzrostu ryzyka ich niewypłacalności. Nie obejdzie się bez późniejszych cięć wydatków (świadczeń publicznych) oraz podnoszenia podatków.

Jednak, jak tłumaczą ekonomiści, taka kroplówka w ostatecznym rozrachunku będzie kosztować mniej niż odbudowywanie biznesów od zera.

Spada wiarygodność płatnicza wielu branż i państw

Powoduje to jednak, że w krótkim terminie koszty będą ogromne. Właśnie dlatego firma Euler Hermes, która zajmuje się ubezpieczaniem zobowiązań i windykacją, obniżyła swój aktualizowany co kwartał rating dla 18 krajów i 126 z 242 monitorowanych sektorów. Co więcej, w ponad połowie przypadków ryzyko nieotrzymania należności wzrosło z poziomu umiarkowanego do wysokiego.

– Takiej skali redukcji oceny wiarygodności jeszcze nie notowaliśmy. Poprzedni rekord pochodził z I kwartału 2016 r., gdy obniżyliśmy rating dla 70 sektorów. Światowa gospodarka i firmy przechodzą przez niespotykany, wyjątkowo skomplikowany i niepewny czas – mówi główny ekonomista Euler Hermes Ludovic Subran.

Zdaniem przedstawicieli tej firmy w najgorszej kondycji znajdują się branże:

  • motoryzacyjna – jej rating obniżył się w 26 krajach,
  • transportowa (obniżka ratingu w 21 krajach),
  • elektroniczna (obniżka ratingu w 14 krajach),
  • detaliczna (obniżka ratingu w 12 krajach).

Jak wynika z danych Johns Hopkins University, obecnie koronawirus najbardziej daje się we znaki USA oraz krajom Europy Zachodniej. Liczba zarażonych rośnie również w Azji, z wyłączeniem Chin.

To właśnie w tych regionach dokonano najwięcej sektorowych cięć ratingu. W Europie Zachodniej obniżono ocenę 52 branż, w Azji i Pacyfiku – 29, a Europie Środkowej i Wschodniej – 24.

Lecz kryzys nie dotyka wszystkich przedsiębiorstw i sektorów w jednakowym stopniu. Część z nich na nim skorzysta. Zdaniem Euler Hermes wśród wygranych będą podmioty farmaceutyczne oraz te działające w obszarze oprogramowania i technologii informacyjnej.

Polska nie ucieknie przed recesją

Do krajów zagrożonych recesją zalicza się Polska. O tym, że nasza gospodarka już weszła w fazę kurczenia się, może świadczyć odczyt PMI za marzec. Wyniósł on 42,4 pkt, czyli o 5,8 mniej niż w lutym (poziom poniżej 50 wskazuje na regres). To największy miesięczny spadek tego wskaźnika w historii badania.

Już teraz Euler Hermes zmienił krótkoterminowy rating naszego kraju z niskiego (1) na średni (2). Ten długoterminowy na razie pozostawił na dotychczasowym poziomie (BB).

O ile w I kw. mamy jeszcze zanotować dodatni wynik, tak w drugim zaliczymy ostre hamowanie. Zakłócone łańcuchy dostaw, spadek eksportu, ograniczenia w handlu, usługach i transporcie przełożą się na ujemne tempo wzrostu gospodarczego. Prognozy wahają się od -5 do nawet -10 proc. Spadek ma się utrzymać również w kolejnym kwartale. Skutkiem tego będzie ujemna dynamika polskiego PKB za cały 2020 r. Obecne przewidywania mieszczą się w przedziale od -2 do -6 proc.

Byłby to pierwszy taki przypadek od transformacji ustrojowej w 1989 r. Dotychczas Polska unikała recesji. Najbliżej niej znalazła się na przełomie 2012-13, gdy nasza gospodarka urosła o zaledwie 0,08-0,15 proc. (dane wyrównane sezonowo). Bardzo blisko tego poziomu była też na przełomie 2001-02 (wzrost na poziomie 0,4 proc.).

Wskutek opisywanych zdarzeń mocno wzrośnie u nas bezrobocie. W szczytowym okresie bez pracy ma być nawet 13 proc. ludzi w wieku produkcyjnym. Powszechnie są projekcje mówiące o stopie bezrobocia wynoszącej 10-11 proc. na koniec 2020 r. Tyle zakłada także minister pracy Marlena Maląg.

Dla porównania w lutym GUS zaraportował 5,5 proc., a Eurostat – 2,9 proc. Wedle stosowanej przez unijny organ metodologii BAEL Polska miała, wraz z Holandią, drugi najniższy we Wspólnocie poziom bezrobocia. Lepsze pod tym względem były tylko Czechy.

Gdyby negatywne przewidywania odnośnie redukcji zatrudnienia przez rodzime przedsiębiorstwa się sprawdziły, grono ludzi bez pracy powiększyłoby się o ponad milion. W lutym taki stan dotyczył 920 tys. osób.

Będzie źle albo bardo źle

Ale prognozy obarczone są dużym błędem. Sytuacja jest bardzo dynamiczna. Wiele zależy od tego, jak długo gospodarka będzie poddana restrykcjom, czy i kiedy władze zaczną je łagodzić.

– Nie wyobrażam sobie, że społeczeństwo zaakceptuje obecne obostrzenia przez dłuższy czas – mówi dr Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole.

Jego zdaniem polska gospodarka skurczy się w tym roku o ok. 2 proc. Jednak ten scenariusz ziści się pod warunkiem, że rząd w drugiej połowie kwietnia przedstawi tzw. strategię wyjścia, czyli dochodzenia do stanu normalności. W przeciwnym razie recesja będzie jeszcze głębsza. Każdy miesiąc zastoju dużej gospodarki oznacza spowolnienie wzrostu o 2 pkt proc.

Główny ekonomista Citi Handlowego Piotr Kalisz spodziewa się spadku PKB między -3 a -6 proc. Wg niego to wariant optymistyczny.

– Prognoza zmaterializuje się wtedy, gdy po zniesieniu ograniczeń gospodarka w miarę szybko wróci do normy. Jeśli jednak część firm upadnie, np. z powodu braku płynności, scenariusz będzie gorszy – zaznacza.